Hazard w kinie to zawsze coś magnetyzującego, inny świat, który twórcy szczególnie lubią przedstawiać: eleganckie kasyna, finansowe ryzyko, aura niebezpieczeństwa. Temat zachęca do moralizowania o zgubnych skutkach gry, filozoficznych rozważań nad unoszącą się w kasynach aurą przypadkowości czy łutem szczęścia, który zwykle szczególnie źle kończy się dla bohaterów. Paul Schrader w swoim najnowszym filmie nie odnosi się jednak do żadnego z tych schematów. Podobnie jak w jego nieoficjalnej nocnej trylogii, na którą składają się: scenariusz do Taksówkarza (M. Scorsese, 1976), American Gigolo (1980) czy (niedoceniany) Margines życia (1992), w Hazardziście przewijają się motywy winy, odkupienia, psychozy i religii.
William Tell (Oscar Isaak) weteran wojenny i były więzień to człowiek, którego życie toczy się wokół kasyn. Jeździ po Stanach, nocuje w tanich motelach, gra w karty. Jest ostrożny, nie przepada za zbędnym ryzykiem i brawurą w grze, nie marzy o milionach, ale też nie gra kompulsywnie jak ktoś uzależniony od hazardu. Gra – z nudów, bo to dobrze mu wychodzi, bo nie ma za bardzo innego celu w życiu. I w przeciwieństwie do obu wersji inspirowanego Dostojewskim Gracza (K. Reisz, 1974) i (R. Wyatt, 2014)) czy słynnej Zatoki aniołów (J. Demy, 1963) Hazardzista w żaden sposób nie oddaje dreszczów emocji jakie towarzyszą kasynom w filmach. Wręcz przeciwnie – hazard uprawiany zawodowo to ciężki kawałek chleba, przez większość czasu polegający na przemieszczaniu się między kasynami, czekaniu na partię w hotelowym barze, ogólnej nudzie.
I właśnie ukazanie tej nudy, spokojny rytm większej części filmu zdecydowanie może zaskoczyć. Choć nie tak bardzo, gdy przytoczymy jednego z ulubionych twórców Schradera –Roberta Bressona, reżysera Kieszonkowca (1959), do którego Hazardzista miejscami nawiązuje, i Ucieczki skazańca (1956). Brak też mrocznej strony Stanów związanej z przestępczością, którą moglibyśmy kojarzyć ze światem kasyn, co przecież nie raz przedstawiał przyjaciel Schradera i jeden z producentów filmu Martin Scorsese. Schrader pokazuje nie brutalność hazardowego półświatka, ale tą państwowo usankcjonowaną: w porażającej sekwencji bezkarności amerykańskich żołnierzy i nieludzkich praktyk stosowanych wobec domniemanych terrorystów. Choć wydawałoby się, że kino o wojnie w Afganistanie i Iraku opowiedziało już wiele, ciekawie wybrzmiewa wątek weterana ukaranego za zbrodnie wojenne w perspektywie prawie dwudziestu lat jakie minęły od tych wydarzeń. I kiedy pojawia się naiwny dwudziestolatek Cirk (Tye Shenidan), który pragnie zemsty za zniszczone życie jego ojca, Tell niczym Travis Bickle w Taksówkarzu weźmie sprawy w swoje ręce. Tyle jednak, że zrobi to z dużą dozą niechęci i jego głównym celem będzie przekonanie chłopaka, że zemsta nie ma sensu.
Oscar Isaak, który po dłuższej przerwie powrócił triumfalnie rolami w Diunie (D. Villeneuve, 2021) i kameralnym serialu HBO Sceny z życia małżeńskiego, w roli Tella, człowieka znikąd, specyficznego hazardzisty, któremu gra daje poczucie swoistego ładu i spokoju, wypada świetnie. Zwłaszcza, gdy spod opanowanej powierzchni przebijają cechy starannie wyszkolonej maszyny do zabijania. I w nocnym świecie tandetnych kasyn nawiedzanym przez coraz mniej wiarygodne sylwetki (wpływowy bardzo zły wojskowy [Willem Dafoe] czy managerka i ukochana głównego bohatera La Linda [Tiffany Haddish]), tylko on nie jest jednowymiarową postacią z tego rozpisanego na kilka ról moralitetu. Charyzma Isaaka, sposób w jaki wspomina wojnę i swoje własne grzechy, ma większą siłę oddziaływania niż co najmniej naciągany religijny i historyczny (by wspomnieć imię i nazwisko bohatera) symbolizm filmu.
Po Pierwszym reformowanym (2017), poprzednim filmie Schradera, który podobnie jak Hazardzista opierał się na silnej kreacji aktorskiej głównego protagonisty (Ethan Hawke), pytaniem jakie najczęściej pojawiało się w recenzjach było czy reżyser powrócił do formy. Hazardzista pozostawia odpowiedź na to pytanie dalej nierozstrzygniętą. Nierówny, czasem irytuje, by zaraz potem zainteresować jakimś świeżym elementem w niekończącej się galerii Scharaderowskich psychopatów, wojennych wraków, ludzi stworzonych dla przemocy. Jednocześnie pozwala się zastanowić, kiedy tak naprawdę kino Schradera świeciło prawdziwe triumfy. Bo z pewnością nie w czasach Ludzi-kotów (1982) czy Patty Hearst (1988), choć Pociecha od obcych (1990) pozostaje dalej jedną z najlepszych adaptacji Iana McEwana z gwiazdorskim kwartetem (Helen Mirren, Natascha Richardson, Christopher Walken i Rupert Everett). Ale już ponowny seans American Gigolo, choć zdecydowanie bardziej efektownego od Hazardzisty i wizualnie, i muzycznie, przypomniał, że pomimo wszystkich prób Schradera, by pokazać całe spektrum szarości w amerykańskim świecie, to dalej jest to świat tradycyjnie czarno-biały, konserwatywny. Z wiecznie tym samym dalekim od ideału bohaterem, który pomimo wielu grzechów na sumieniu i rysu szaleństwa chce ostatecznie postąpić właściwie.
Marta Snoch
Zdjęcia z oficjalnych materiałów prasowych filmu Hazardzista