„Mam na sobie wełnę, ale nie jestem owieczką”[1] – mówi o sobie jedna z ikonicznych femmes fatales ostatnich kilkunastu dekad. Operowe wcielenie Cyganki jest obecnie najlepiej znane, ale paryska premiera dzieła Georges’a Bizeta wcale nie była sukcesem…

Wręcz odwrotnie – w 1873 roku operę niemalże wygwizdano. Nie najlepsze wykonawstwo było tylko jednym z powodów. Chodziło głównie o to, że treść libretta nazbyt odbiegała od konwencji comique, w której miała się mieścić. Co za tym idzie – tematyka okazała się zbyt odważna, przynajmniej dla pierwszych słuchaczy. Dotyczy to przede wszystkim głównej postaci kobiecej, wzbudzającej we wzorowym żołnierzu Don José tragiczną mieszankę pożądania i zaborczości. Po uwiedzeniu Joségo i sprowadzeniu go na „złą drogę” (tenor zostaje wyjętym spod prawa przemytnikiem), Carmen porzuca go dla słynnego torreadora Escamilla, po czym ginie z rąk oszalałego z zazdrości Joségo podczas korridy w Sewilli.
Pomysł na bohaterkę nie należał jednak do Bizeta ani nawet do twórców libretta. Historia Cyganki została po raz pierwszy opublikowana jako nowela Carmen w 1845 roku, autorstwa Prospera Mériméego. Pisarz ten mocno wyróżniał się na tle XIX-wiecznej literatury romantycznej zwięzłością i lapidarnością stylu. Przyjaźnił się ze Stendhalem; jak pisał swego czasu Boy-Żeleński, dzielił też z autorem Czerwonego i czarnego pewną „oschłość” stylu, bardziej może nawet uwydatnioną u Mériméego, który „samym uszeregowaniem faktów potrafi wydobyć w całej pełni efekt, który zamierzył”[2]. Te określenia pasują również do Carmen, noweli lakonicznej i powściągliwej, a przy tym skutecznie wydobywającej ekspresję i emocjonalność postaci. Fabuła noweli oparta jest na faktycznej, zasłyszanej przez Mériméego w Hiszpanii historii o bandycie José Marii, który zabił swoją kochankę. Nieszczęsna kochanka to Carmen; jak się jednak okazuje w retrospekcji, jest to głównie historia nieszczęśliwej, zaborczej miłości i upadku niegdyś szanowanego legionisty.
W nowelce Mériméego, inaczej niż w rzeczywistości, Carmen stała się Cyganką i została nią też w operze. Poza tym, zmian w libretcie było dużo. Jego autorzy, Henri Meilhac i Ludovic Halévy (drugi z nich był nauczycielem, a później teściem Bizeta), usunęli cały wstęp, w związku z czym akcja opery zaczyna się dopiero w momencie, gdy Don José rozwija swoją opowieść. Ponadto usunięto postać męża Carmen, Jednookiego Garcii, a zamiast niego dodano narzeczoną Joségo, Micaëlę – wiejską, prostą i szczerą dziewczynę, przeciwieństwo nieokiełznanego żywiołu Cyganki. W związku z tym, w opartych na historii Carmen adaptacjach filmowych, możemy wyróżnić scenariusze podążające za Mériméem bądź też za librettem opery, choć większość z nich nawiązuje do obu źródeł.
Przewrotnie możemy zacząć od Miłości Carmen (Ch. Vidor, 1948), w którym to filmie… nie ma śladu Bizeta. Całość oparto na noweli (aczkolwiek, podobnie jak w libretcie, z pominięciem jej ramy narracyjnej) i jest to klasyczny hollywoodzki melodramat wygrany na tle nienaturalnej „egzotyczności” kostiumów i dekoracji. Spośród licznych nieporozumień nagromadzonych w tym filmie, największym jest chyba ucharakteryzowanie Rity Hayworth na Carmen. Piękna skądinąd aktorka posiada urodę stuprocentowo kaukaską. Śnieżnobiałe, hollywoodzkie uzębienie towarzyszy niemalże równie białej cerze; całość jej wizerunku uzupełnia nieskazitelna fryzura i makijaż, a także czyściutkie i wykrochmalone kostiumy. Wystylizowanie Hayworth prawdopodobnie miało pomóc we wpisaniu Carmen w stylistykę tradycyjnie pojętej femme fatale rodem z kina noir, tym bardziej że w scenariuszu Helen Deutsch podkreślona zostaje rola Cyganki w upadku Joségo (na przykład w scenie zabójstwa kapitana – jego rywala, gdzie wyraźnie sugeruje się winę Carmen). Poza tym, w hollywoodzkim systemie gwiazd, wedle teorii feministycznych i nie tylko, główne postaci kobiece miały przede wszystkim „wyglądać” i być wyidealizowanym obiektem podporządkowanym patriarchalnej dominacji wzrokowej[3]. Carmen Rity Hayworth nie mogła zatem wyglądać jak Cyganka, skoro miała odpowiadać zapotrzebowaniom męskiej części białej, konserwatywnej publiczności.
W Miłości Carmen nie zagrano ani jednej nuty z opery, natomiast na drugim biegunie muzycznym sytuuje się Czarna Carmen (O. Preminger, 1954). Film oparto na przedstawieniu broadwayowskim, szczodrze wykorzystującym melodie Bizeta. Jednak zarówno muzyka, jak i libretto zostają przemodelowane w opowieść dziejącą się w USA lat 40. w środowisku afroamerykańskim. Akcja została przeniesiona w czasy II wojny światowej, a ponadto dokonano wielu drobniejszych, kosmetycznych przeróbek. Imiona zamieniono na angielskie, zbliżone fonetycznie (np. Escamillo to „Husky” Miller), zmieniono profesję bohaterów, dodano sporo jazzu i napisano nowe, angielskie teksty dla czarnoskórej obsady. Scenariusz i dialogi były w dużej mierze gotowe, gdyż oparto się na musicalu Oscara Hammersteina II. W roli Joe (czyli Don Joségo) wystąpił Harry Belafonte – już wówczas znany nie tylko jako aktor, ale także najpopularniejszy na świecie wykonawca muzyki calypso. Porywające wykonawstwo wespół z nowoczesną muzyką (oczywiście jak na rok 1954, czyli czasy bebopu, Franka Sinatry i Aarona Coplanda), aktualizującą Bizetowskie melodie, przyczyniło się do przychylnych opinii nawet wśród znawców opery, chwalących Czarną Carmen za „pietyzm” i „wierność” duchowi libretta[4].
Porzućmy teraz klasyczne Hollywood, bo historia Carmen najciekawszych rozwinięć doczekała się w pierwszej połowie lat 80. ubiegłego wieku. Miało to zapewne bliski związek ze swoistym renesansem opery Bizeta na płytach winylowych. Wszystko zaczęło się od nowego wydania partytury, opracowanego w 1964 roku przez Fritza Oesera, rekonstruującego wersję pierwotną z dialogami zamiast recytatywów. Recytatywy (dopisane pośmiertnie przez Ernesta Guirauda, ucznia i przyjaciela Bizeta) spowalniały i łagodziły akcję, natomiast dialogi przekazywały więcej informacji i czyniły z Carmen postać dowcipniejszą i zarazem mniej wygładzoną[5]. W 1977 roku, na Międzynarodowym Festiwalu w Edynburgu, reżyser Piero Faggioni i dyrygent Claudio Abbado zaprezentowali „nową-starą” Carmen ku zachwytom publiczności i krytyków. Nagrania audio tejże wersji dokonano dla wytwórni Deutsche Grammophon w 1978 roku, również pod dyrekcją Claudia Abbado, z Plácido Domingo i Teresą Berganza w rolach głównych. Domingo kilka lat później pojawił się także na dużym ekranie; ponownie jako Don José, ale tym razem w wystawnym filmie pełnometrażowym Francesco Rosiego – Carmen (1984). Podstawą scenariusza jest oryginalna wersja opery z dialogami zamiast recytatywów, czyli dramaturgicznie i muzycznie jest to opera, ale ekranizacja Rosiego korzysta z pełni środków filmowych – plenerów, odgłosów otoczenia, rytmizacji montażu. Wyróżniają się dzięki temu sceny, które w teatrze operowym występują rzadko lub są wręcz niemożliwe do zrealizowania, na przykład górskie echo (monolog wewnętrzny Micaëli) zamiast powtórzenia zwrotki w arii, pełne napięcia sceny walki z bykiem na arenie czy wreszcie realistyczny opis środowisk przemytników, oficerów i torreadorów (z mise-en-scène samego Rosiego). Marshall Leicester w artykule dla „Cambridge Opera Journal”, zestawiając ze sobą cztery filmowe adaptacje Carmen z lat 1983-1984, zwraca ponadto uwagę na kadrowanie w takich momentach, jak duet Joségo i Micaëli, w którym celowa „sztywność” muzyki i libretta przekłada się w konsekwentny sposób na zachowawczość pracy kamery[6]. Aspirujące do mieszczańskiego trybu życia postaci Joségo i Micaëli są przeciwieństwem temperamentu Carmen, stąd też „jej” muzyka i charakterystyka musi znacząco odbiegać od narzeczonych, których rozdzieliła.
Natomiast adaptacją opery, która rezygnuje z portretowania Carmen jako femme fatale i ponownie (choć w zupełnie innym kontekście) podsuwa feministyczne tropy interpretacyjne, jest Tragedia Carmen (1983) Petera Brooka. Brook dwa lata wcześniej wystawił spektakl pod tym samym tytułem w Paryżu. Reżyser Władcy much (1963) sfilmował aż cztery (!) adaptacje sztuki z tym samym zespołem realizacyjnym, ale z różnymi aktorkami w rolach głównych. Cyganka jest w Tragedii Carmen przeciwieństwem Rity Hayworth; ma ograniczoną autonomię i jest zredukowana do obiektu pożądania otaczających ją mężczyzn. W zasadzie nie ma większej różnicy, kto ją zdobędzie (lub nie), bo tytułowa „tragedia” zawiera się tutaj w samym życiu wiktymizowanej kobiety, a nie tylko w jej tragicznym końcu[7]. Sztuka i film Brooka, choć blisko z operą związane, bo wykorzystujące przecież zarys akcji, śpiew i muzykę Bizeta, znacząco jednak odbiegają od libretta. Akcję filmu ograniczono do 80 minut, a także zredukowano liczbę aktorów, co w połączeniu z naturalistycznymi tendencjami (Carmen na przykład jest prostytutką, tak jak – najprawdopodobniej – u Mériméego) przypomina poetykę kammerspielu. Zmieniono także zakończenie, ironicznie podkreślające nieuchronność upadku tytułowej bohaterki. Warto zwrócić uwagę na zdjęcia, na wtopienie aktorów w ponurą szarość odrapanych wnętrz. Operatorem kamery był Sven Nykvist; Tragedię Carmen nakręcił tuż po wielkim sukcesie Fanny i Aleksander (1982) Ingmara Bergmana, ze współpracą z którym najczęściej jest kojarzony.

Godnym uwagi faktem jest, że opera Bizeta lubiana jest prawie w całej Europie… poza Hiszpanią. Kompozytor nigdy nie był ani w Sewilli, ani w żadnym innym mieście hiszpańskim. Przy czym trudno byłoby go dyskredytować z tego powodu, zwłaszcza że sam Isaac Albéniz cenił Carmen. „Hiszpańskość” opery być może jednak jest zbyt abstrakcyjna dla autochtonów; działa tutaj pewnie podobny efekt co w przypadku „baskijskości” Rolanda Barthesa lub „orientalizmu” Edwarda W. Saida. Krótko mówiąc, dla nas, odbiorców niehiszpańskich, kastaniety i torreadorzy wystarczą, żebyśmy nieomylnie skojarzyli akcję z Hiszpanią, natomiast dla samych tubylców – niekoniecznie. Może dlatego adaptacja Carlosa Saury, Carmen (1983) przenosi akcję w czasy współczesne i uzupełnia ją kulturą tańca flamenco, wpisując się w swoistą „trylogię flamenco” hiszpańskiego reżysera (której pozostałe dwie odsłony to Krwawe gody z 1981 oraz Czarodziejska miłość z 1986, oparte kolejno na sztuce Federico Garcíi Lorki oraz na balecie Manuela De Falli). Historia Carmen – i to bardziej nowela niż opera – jest tutaj pretekstem, czy raczej „pre-tekstem”, wokół którego osnuta jest fabuła filmu. Akcja „właściwa” rozgrywa się podczas prób do spektaklu tanecznego opartego na noweli i w pewnym sensie powiela ten sam schemat – mianowicie, główny choreograf Antonio (Antonio Gades) nieszczęśliwie zakochuje się w wyzwolonej seksualnie tancerce, odtwórczyni głównej roli. Tancerka ma na imię Carmen (Laura del Sol). W ten sposób Saura nawiązuje dialog z „tekstem głównym” na kilku poziomach znaczeniowych. Włącza się w coś, co za Leicesterem możemy nazwać „dyskursem-Carmen”[8]. Antonio podczas prób ze swoim zespołem często cytuje Mériméego i nosi przy sobie książkę z pierwowzorem. Zarazem jednak wykorzystano w filmie muzykę Bizeta (a konkretnie nagranie Dekki z 1963 roku pod dyrekcją Thomasa Schippersa) oraz muzykę flamenco – i to, można powiedzieć, flamenco „we własnej osobie” (bo jeśli jakikolwiek jeden muzyk mógłby ten styl reprezentować, to byłby nim Paco De Lucia, występujący w filmie pod swoim własnym imieniem). Flamenco skutecznie osadza Carmen w Hiszpanii współczesnej; aktualizuje i nadaje autentyczności tekstowi oscylującemu wokół francuskich pierwowzorów. Ale na tym nie koniec – scenariusz konsekwentnie zaciera różnice między życiem a sztuką, między rzeczywistością a próbą tańca. Nie wiemy, jak naprawdę kończy się finałowa walka Antonia z Carmen. Zabija ją, czy nie? Jeśli to tylko gra, to dlaczego nikt nie reaguje, a jeśli faktyczne morderstwo, to dlaczego aranżacja sceny w żaden sposób tego nie potwierdza? W filmie Saury odpowiedzi na te pytania są drugorzędne. Podobnie jak bohaterowie nieustająco krążą wokół siebie w takt ognistych rytmów flamenco, tak i widz zmuszony jest do ciągłej rewizji granic między światem diegetycznym a niediegetycznym. Obficie wykorzystywana w ikonografii symbolika luster nie ułatwia interpretacji, ale sprzyja metaforyce odbicia i „zwielokrotnienia” osobowości (zwłaszcza Antonia: między innymi tancerza, aktora, choreografa, nauczyciela, kochanka).
Byłoby jednak błędem uważać, że Saura tylko mnoży pytania bez odpowiedzi; jeśli już, to można tak powiedzieć o autorze Imię: Carmen (1983) – Jean-Luc Godardzie. Jest to chyba najbardziej kolażowa, autoreferencyjna interpretacja spośród omawianych (i zapewne nie tylko wśród nich). Pojawiają się tutaj nie tylko odniesienia do Carmen Mériméego i Bizeta, ale także, jak twierdzi Leicester, do Czarnej Carmen, Stąd do wieczności (F. Zinneman, 1953), Nie tykać łupu (J. Becker, 1954), a nawet Szalonego Piotrusia (1965) samego Godarda[9]. Muzycznie, Bizeta jest tu niewiele, pojawia się za to kilka późnych kwartetów Beethovena, co jest silnie powiązane z akcją. Tak jak u Saury, Imię: Carmen rozgrywa się współcześnie; podobną rolę co próby tańca flamenco odgrywają tutaj próby kwartetu smyczkowego. Występuje także sam Godard w roli wujka Carmen zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym. Imię: Carmen nie jest zwykłą adaptacją ani nawet wariacją na temat Carmen, tylko, jak większość filmów autora Pogardy (1963), osobistą wypowiedzią, esejem korzystającym z taśmy filmowej podobnie jak z kartki papieru. Moim zdaniem jest to jednak dzieło pęknięte od środka. Niektóre tezy, które pojawiają się w filmie, jak krytyka kapitalizmu, wojny, czy nawet społeczeństwa w ogóle, dyskontowane są szkicowym i quasi-komediowym charakterem całości. Pojawiają się tezy i aforyzmy, które nie są później rozwijane, jak na przykład: „policja jest dla społeczeństwa tym, czym marzenia są dla ludzi” albo antymaterialistyczne narracje o produkowaniu „dóbr, których nikt nie potrzebuje”. Oczywiście całe to anarchistyczne zacięcie i liczne gry z konwencjami są wysokiej próby; obraz Godarda nie przekracza granicy dobrego smaku nawet mimo łączenia odważnego erotyzmu z postmodernistyczną eseistyką.
Rozrzut stylistyczny omawianych adaptacji ujawnia nie tylko całkowicie odmienne podejścia do etosu femme fatale, ale i samej muzyki. Jerzy Gabryś pisał już dawno o tym, że „Bizetowska Carmen stoi wciąż w centrum zagadnienia jako wzór doskonały”[10], ale stwierdzenie to jest nadal aktualne pomimo upływu lat. Żadna z wymienionych adaptacji tego nie zmieniła, a już najmniej Miłość Carmen jako jedyna odżegnująca się od Bizeta. Stosunek twórców adaptacji filmowych do opery zmieniał się z biegiem lat; o ile wcześniejsze scenariusze opowiadały się w miarę jednoznacznie po stronie opery lub noweli, to już dwie-trzy dekady później mamy do czynienia z dialogiem wokół tekstu głównego, którym zresztą nie jest już „Carmen Bizeta” czy też „Carmen Mériméego”, tylko mit, aranżacja, czy też wspomniany już „dyskurs-Carmen”. Ciekawy jest również proces aktualizacji opery/muzyki poprzez zastosowanie domieszek: jazzu u Premingera, flamenco u Saury, Beethovena u Godarda. Edgar Morin w swojej głośnej pracy Kino i wyobraźnia, podkreśla rolę muzyki w filmie jako „dodatkowego instrumentu, wyrażającego ton uczuciowy”, nawiązując przy tym zresztą do wypowiedzi Béli Balázsa odnoszącej się jeszcze do czasów kina niemego[11]. We współczesnym, postklasycznym kinie idea „dodatkowego instrumentu” realizuje się w kategoriach intertekstualnych. Reżyserzy, którzy zdecydowali się na przeniesienie akcji w czasy współczesne – to jest Preminger, Saura i Godard – zarazem czuli się swoiście zobowiązani do uzupełnienia opery Bizeta o muzykę autentyczną dla świata przedstawionego. I odwrotnie – autorzy odtwarzający realia XIX-wieczne zachowali Bizeta w oryginale (co u Rosiego było wręcz koniecznością) lub zadowolili się autorską, orkiestrową muzyką filmową, nawiązującą rzecz jasna do europejskiego XIX-wiecznego romantyzmu (Vidor).
Do pierwszej z tych grup (tj. „współczesnych” Carmen) można także zaliczyć jedną z bardziej frapujących adaptacji ostatnich lat, a mianowicie U-Carmen eKhayelitsha (2005, M. Dornford-May). Będę posługiwał się nazwą U-Carmen zamiast polskiego tłumaczenia Czarna Carmen, powielającego tytuł filmu Premingera. Akcja dzieła, zdobywcy Złotego Niedźwiedzia na berlińskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, osadzona jest w realiach współczesnego RPA, w mieście Khayelitsha. Nazwa ta oznacza „Nowy Dom” w języku xhosa (jednym z urzędowych języków południowoafrykańskich), który dominuje w U-Carmen, pomimo wielu zapożyczeń z angielskiego. Czarnoskórzy aktorzy i śpiewacy to w większości członkowie grupy teatralnej Dimpho Di Kompane, założonej przez brytyjskiego reżysera Marka Dornforda-Maya, mieszkającego obecnie w RPA. Podobnie jak u Premingera, film U-Carmen powstał dopiero po sukcesach wersji scenicznej. Na tym zresztą kończą się podobieństwa między dwoma adaptacjami. Pauline Malefane jako Carmen trudno uznać za pochodną femme fatale. W patriarchalnych realiach zmaskulinizowanego, gangsterskiego półświatka jest raczej ofiarą, jak Carmen Petera Brooka. Surowe kadry podkreślają przemoc świata przedstawionego: klaustrofobiczne slumsy pełne narkotyków i alkoholu, wozy policyjne wypełnione przysadzistymi oficerami, ogrodzenia i druty kolczaste. Fabuła oscyluje wokół schematów rywalizacji i napięć między grupami społecznymi. Carmen, choć faworyzowana przez kamerę, nie wyróżnia się szczególnie wśród innych kobiet pracujących w fabryce papierosów; lubi być w centrum uwagi, ale pragnie niezależności. Nie do końca ufa sierżantowi Jongiemu (Don Josému). Scenariusz nakreślił tu zresztą znacznie więcej tła fabularnego dla Jongiego-„Joségo” niż u Bizeta lub w innych adaptacjach filmowych. Sierżant w kilku reminiscencjach często wspomina matkę oraz śmierć brata, za którą był odpowiedzialny. Pobili się, z fatalnym skutkiem, o szwagierkę Jongiego – wdowa po bracie jest odpowiedniczką Micaëli. Dornford-May przedstawia więc historię Carmen i otaczających ją postaci znacznie bardziej naturalistycznie niż u Bizeta, a bliżej pierwowzoru Mériméego. U-Carmen gatunkowo jest musicalem, ale mocno konstatującym konwencje – choć operowe lejtmotywy przeważają, to często kontrapunktowane są muzyką etniczną (co ciekawe, więcej z tym związanych dysonansów daje się zauważyć w grupowych śpiewach kobiet niż mężczyzn), a użycie języka xhosa nadaje całości fascynująco egzotycznego – dla Europejczyka – odcienia.
Oczywiście, różne historie ekranowych Carmen bynajmniej nie ograniczają się do powyższego wyboru. Długą listę otwierają filmy reżyserów znanych już w czasach epoki niemej, między innymi Cecila B. DeMille’a (Carmen, 1915), Ernsta Lubitscha (Carmen, 1918, z Polą Negri) czy Jacques’a Feydera (Carmen, 1926). Później powstawały nawet wersje erotyczne (Carmen nue, A. López, 1984) bądź hip-hopowe (Carmen: Hip Hopera, R. Townsend, 2001). Temat jest przeze mnie ledwo zarysowany; kto wie, może ciąg dalszy nastąpi? Tymczasem, chciałem jeszcze na koniec wtrącić kilka słów o samej operze, którą udało mi się niedawno zobaczyć w niecodziennych okolicznościach (pominąwszy fakt, iż samo obejrzenie spektaklu na żywo w czasach pandemii jest niezwykłe). Tegoroczna realizacja w Operze Śląskiej była zarazem wznowieniem i pożegnaniem produkcji z 2006 roku (trwają przygotowania do remontu, który ma się zacząć na początku 2022 roku). Szóstą w historii bytomskiej Opery inscenizację Carmen wyreżyserował Wiesław Ochman, wybitny tenor i reżyser, debiutujący w Bytomiu jako śpiewak już w 1960 roku. Inscenizacja ta, zorganizowana w 60-lecie premiery Carmen na deskach Opery Śląskiej, zachowuje sceniczny sens pierwowzoru bez wysilania się na uwspółcześnianie kostiumów bądź czasu akcji. Pomysłowo wykorzystuje też niewielką przestrzeń, jaką rozporządza bytomska scena i czyniąc ze swoich niewielkich gabarytów – zaletę. Widz dostrzega bowiem z niewielkiej odległości każdy ruch, gest i mimikę aktorów, w tym fenomenalnej Anny Boruckiej w tytułowej roli. Problem realizacji oper sprowadza się nie do unowocześniania za wszelką cenę libretta i jego sensu, tudzież modernizowania inscenizacji wbrew intencjom autora – mówi Wiesław Ochman[12]. Być może, ale czy to samo dotyczy filmu? Jeśli przyjrzymy się adaptacjom Premingera, Saury czy Dornforda-Maya – chyba jednak nie.
Michał Stencel
[1] P. Mérimée, Carmen. Przeł. T. Żeleński-Boy. Książka i Wiedza, Warszawa 1989.
[2] T. Żeleński-Boy, Antologia literatury francuskiej. Krakowska Spółka Wydawnicza, Kraków 1922, s. 469-470.
[3] L. Mulvey, Przyjemność wzrokowa a kino narracyjne. Przeł. J. Mach, [w:] Do utraty wzroku. Wybór tekstów, red. K. Kuc, L. Thompson, Kraków 2010, s. 97.
[4] J. Gabryś, „Carmen” J. Bizeta. PWM, Kraków 1960, s. 59.
[5] por. komentarz odautorski Richarda Osborne’a do libretta wydania EMI (CD, 1960) pod dyr. sir Thomasa Beechama, EMI Records Ltd., London 2000, s. 11.
[6] H. Marshall Leicester Jr., Discourse and the Film Text: Four Readings of „Carmen”, [w:] „Cambridge Opera Journal” 1994, Vol. 6, No. 3, s. 273.
[7] ibid., s. 265.
[8] ibid., s. 246.
[9] ibid., s. 252.
[10] J. Gabryś, „Carmen” J. Bizeta. PWM, Kraków 1960, s. 56.
[11] E. Morin, Kino i wyobraźnia. Przeł. K. Eberhardt. PIW, Warszawa 1975, s. 174.
[12] w wywiadzie z Tadeuszem Kijonką, zamieszczonym w programie Carmen Opery Śląskiej, red. T. Kijonka, Bytom 2006.
BIBLIOGRAFIA:
- Barthes Roland, Mitologie. Przeł. Adam Dziadek. Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008.
- Gabryś Jerzy, „Carmen” J. Bizeta. Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1960.
- Marshall Leicester Herbert Jr., Discourse and the Film Text: Four Readings of „Carmen”, [w:] „Cambridge Opera Journal” 1994, Vol. 6, No. 3.
- Mérimée Prosper, Carmen. Przeł. Tadeusz Żeleński-Boy. Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 1989.
- Morin Edgar, Kino i wyobraźnia. Przeł. Konrad Eberhardt. Polski Instytut Wydawniczy, Warszawa 1975.
- Mulvey Laura, Przyjemność wzrokowa a kino narracyjne. Przeł. Jolanta Mach, [w:] Do utraty wzroku. Wybór tekstów, red. Kamila Kuc, Lara Thompson, Kraków 2010.
- Said Edgar W., Orientalizm. Przeł. Monika Wyrwas-Wiśniewska. Wydawnictwo Zysk i Spółka, Poznań 2005.
- Żeleński-Boy Tadeusz, Antologia literatury francuskiej. Krakowska Spółka Wydawnicza, Kraków 1922.
Źródła zdjęć:
Zdj 1: materiały MoMa
Zdj 2: imdb.com