,

Na skróty o premierach kinowych 2022 – część pierwsza

C’mon C’mon (Mike Mills, 2021) Mały, wielki film. Rzadko kinu udaje się pokazać, jak wygląda świat oczami dziecka i że ta naiwna perspektywa, jest naprawdę mądra, pozbawiona pojawiającego się wraz z dorastaniem cynizmu. Jest to film gadany, którego fabułę można by w praktyce umieścić w dwóch zdaniach. Dziennikarz radiowy Johnny (Joaquin Phoenix) zostaje namówiony przez…


C’mon C’mon (Mike Mills, 2021)

Mały, wielki film. Rzadko kinu udaje się pokazać, jak wygląda świat oczami dziecka i że ta naiwna perspektywa, jest naprawdę mądra, pozbawiona pojawiającego się wraz z dorastaniem cynizmu. Jest to film gadany, którego fabułę można by w praktyce umieścić w dwóch zdaniach. Dziennikarz radiowy Johnny (Joaquin Phoenix) zostaje namówiony przez siostrę, żeby zaopiekować się jej synem, podczas gdy ona musi wyjechać z Los Angeles, żeby zająć się chorym psychicznie byłym mężem. Z czasem między wycofanym emocjonalnie mężczyzną a gadatliwym chłopakiem zaczyna rodzić się więź, która uaktywni emocjonalną stronę Johnny’ego.

I tyle, prosta historia, ale tutaj chodzi głównie o dialogi, o to, w jaki sposób dzieciak widzi świat, jak jest wszystkim zafascynowany i jaki jest głodny, żeby dowiedzieć się więcej. A Johnny musi się nauczyć jak przekazywać również niewygodną prawdę dziecku. Filmowi jak mało któremu udało się uchwycić po prostu, jak wyglądają życiowe rozmowy pomiędzy rodzicami i dziećmi. Jest czule, ciepło, empatycznie, dużo tutaj mądrości życiowych. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, o ile nie jest zbyt cyniczny.

Zacząłem się po seansie zastanawiać, czy miałem w dzieciństwie podobne przemyślenia, a poza tym film wzbudził traumatyczne wspomnienia, jak zdarzało mi się zgubić rodziców w miejscach publicznych.

Tylko te czarno-białe zdjęcia, nie wiem do końca, po co był ten zabieg, poza próbą nadania filmowi bardziej artystycznego sznytu. Trochę niepotrzebne.

King’s Man: Pierwsza Misja (The King’s Man, Matthew Vaughn, 2021)

Kawa na ławę. Matthew Vaughn to jeden z moich ulubionych współczesnych reżyserów. Mam słabość do jego specyficznego wariantu pop-postmodernizmu, tego że w praktycznie każdym swoim filmie w pierwszej połowie próbuje wywrócić zasady gatunkowe, żeby zakończyć na pełnym miłości peanie do klasycznych prawideł gatunku. Z jednej strony jest cynicznym demaskatorem schematów gatunkowych, a z drugiej pozbawionym cynizmu sentymentalistą, który kocha happy-endy. Jego filmy kończą się uratowaniem świata, a para, która jest wplątana w intrygę, żyje długo i szczęśliwie. Jako duże dziecko wychowane na kinie nowej przygody i opowieściach superbohaterskich mam do tego słabość. Tak jak i mam słabość do humoru jadącego po bandzie i należę do grupy osób, których bawiły żarty z nagrodą w postaci seksu analnego od księżniczki w pierwszym Kingsmanie oraz sekwencja zakładania nadajnika w waginie w sequelu.

King’s Man: Pierwsza misja jest jednak trochę inny. Widać, że po raz pierwszy od debiutanckiego Przekładańca z Vaughnem nie współpracowała przy scenariuszu Jane Goldman. Nie ma wątku miłosnego, wątek emocjonalny ogólnie nie do końca tutaj gra, brakuje tego eleganckiego sznytu, który odznaczał poprzednie scenariusze w filmach Vaughna. Reżyser stara się jednocześnie złapać za wiele srok za ogon. Wprawdzie relacja pomiędzy Conradem (Harris Dickinson) a chcącym go uchronić przed okrucieństwami wojny ojcem (w tej roli jak zawsze wyśmienity Ralph Fiennes), emocjonalnie działa, ale wprowadzenie motywu fałszywego protagonisty powoduje, że przesłanie z niej płynące jest co najmniej pogmatwane. Nie wiem do końca, czy Vaughn staje po stronie antywojennej, czy prowojennej. Wprawdzie po żadnej nie musi, ale znając go, chciał mieć coś do powiedzenia, tylko nie wiem do końca co.

Pierwsza misja jest jednak dalej jadącą po bandzie rozrywką. Vaughn pisze alternatywną wersję historii, w której za wybuch I wojny światowej jest odpowiedzialny szkocki nacjonalista, który chce dać nauczkę Wielkiej Brytanii. Po tym plot twiście jakoś kompletnie nie dziwiły mnie słabe recenzje filmu. To jest naprawdę kontrowersyjne, szczególnie jak na film rozrywkowy, który przede wszystkim miał bawić. Tylko czy to faktycznie wyłącznie film rozrywkowy? Mam wrażenie, że Vaughn chciałby nakręcić prawdziwy film wojenny, ale bezpiecznie schował się w formule, którą już zna na wylot. W Pierwszej misji przegięte sceny akcji i niewybredne żarty z podtekstami seksualnymi mieszają się z graficznymi scenami okrucieństw wojny i batalistycznymi sekwencjami, których nie powstydziłoby się pełnokrwiste kino wojenne. To dziwny film, ale dobrze, że takie dziwne filmy dalej powstają

Gierek (Michał Węgrzyn, 2022)

Ten film powinien wyjść w Walentynki. Życzę każdemu, żeby był kochany przez kogoś w taki sposób, w jaki Rafał Woś i reszta twórców kochają Gierka. Praktycznie wszystko w tym filmie jest problematyczne. Postać Gierka (Michał Koterski) jest nieskazitelna, to mąż stanu, który nie popełnia żadnych błędów, a jedyne niepowodzenia są spowodowane spiskami. Cały film wydaję się być napisany stylem, któremu bliżej do fanfica napisanego przez napaloną nastolatkę niż poważnego filmu historycznego. Tylko że tutaj tą napaloną nastolatką jest napalony dziennikarz, a obiektem westchnień były I Sekretarz KC PZPR.

Nawet nie nadaje się to na wypad dla licealistów w ramach lekcji historii, ponieważ większość postaci historycznych zostaje tutaj zastąpiona przez jakieś swoje ufikcyjnione wersje, którym nawet nie nadano prawdziwych imion. Na przykład zamiast Generała Jaruzelskiego mamy Generała Roztockiego (Antoni Pawlicki), który ma cechy kojarzone z Jaruzelskim, również nosi ciemne okulary, mówi w charakterystyczny sposób i próbuje zdobyć władzę, ale twórcom zabrakło kolokwialnie jaj, żeby Jaruzelskim go nazwać.

Narracja skacze od wydarzenia do wydarzenia, żeby objąć właściwie całą dekadę Gierka, a właściwie pokazać jego patriotyzm. To film anegdotyczny, który w najlepszym razie z czasem zrobi się filmem memicznym. Jeśli po trailerach wydawało Wam się, że Michał Koterski będzie największym problemem filmu, to Was zaskoczę, jest zdecydowanie najmniejszym problemem. Jest komiczny, ale wpasowuje się przez to w konwencję filmu.

Zaułek koszmarów (Nightmare Alley, Guillermo del Toro, 2021)

Ale ten film jest świetnie wykonany. Zdjęcia, kostiumy, scenografia, wszystko to składa się na stylistyczną bombę, która jest miła dla oka. Niestety niewiele poza tym. Mam wrażenie, że scenariusz był w pełni improwizowany na planie. Film składa się z dwóch dosyć odmiennych od siebie części. W pierwszej Stanton (Bradley Cooper) zostaje członkiem obwoźnej trupy cyrkowej, wdaje się w niejednoznaczną relację z widzącą przyszłość Zeeną (Toni Collete) i jej mężem, byłym telepatą, Petem (David Strathairn) oraz zakochuje się w naiwnej, dobrodusznej, Molly (Rooney Mara). W drugiej, dziejącej się dwa lata później części, Stanton i Molly są naciągaczami, którzy oszukują bogatych ludzi na trick z czytaniem w myślach. Ambicje Stantona rosną i po poznaniu psychoterapeutki Lillith (Cate Blanchet) postanawia wyciągnąć od niej wrażliwe informacje, żeby naciągać wpływowych ludzi na większe sumy. Pierwsza część ma więcej wspólnego z horrorem, a druga jest neo-noirowym thrillerem.

Del Toro próbuje opowiedzieć tutaj wyświechtaną moralną-filozoficzną historię w sosie neo-noir, o tym, że władza korumpuje, a sprawczość w naszym życiu jest ułudą. Zakończenie jest tak grubymi nićmi szytą ironią, że brakło tylko tego, żeby meksykański reżyser pojawił się na ekranie i zaczął mrugać okiem bezpośrednio do widowni.

Jestem głęboko zażenowany nominacją do Oscara za najlepszy film dla Zaułka koszmarów. Mam wrażenie, że kino gatunkowe ma szanse na Oscarach tylko właśnie jeśli wali po łbie przesłaniem i ładnie wygląda. Tak żeby akademicy nie mieli wątpliwości, że to przesłanie jest i że jest też wizualny artyzm. To się nazywa snobizm pod płaszczykiem chęci nagrodzenia czegoś rozrywkowego.

Podobno wersja z 1947 roku jest lepsza, muszę nadrobić przed Oscarami.

Titane (Julia Ducornau, 2021)

W miesiąc po seansie dalej nie wiem co myśleć o tym filmie. Z jednej strony cieszę się, że taki transgresyjny film wygrał na Festiwalu Filmowym w Cannes, który w ostatnich latach nagradzał głównie bezpieczne kino o tematyce społecznej (czasami mniej konserwatywne pod względem konwencji, jak Parasite). A z drugiej strony mam wrażenie, że to transgresja dla samej transgresji i pod tym wszystkim za dużo tutaj nie ma.

Ducornau wprawdzie wprowadza body horror na nowy poziom, który chyba nawet Cronenberga wprowadziłby w kompleksy. W końcu osią fabuły jest historia mordującej z zimną krwią psychopatki, która zachodzi w ciążę po stosunku… ze swoim autem. Po zamordowaniu swojej kochanki Alexia (Agathe Rouselle) ucieka z domu i szpeci sobie twarz, żeby udawać zaginionego syna Vincenta (Vincent Lindon), u którego postanawia się zaszyć. Dosyć nieoczekiwanie pomiędzy wykazującą zachowania socjopatyczne Alexią a straumatyzowanym Vincentem rodzi się specyficzna więź, a body horror zaczyna mieszać się z historią o potrzebie miłości i bliskości. Dużo tutaj dyskomfortu i ukazania kobiecej cielesności w sposób, do jakiego nie przywykliśmy w kinie, a finałowa scena porodu, w której do końca nie jesteśmy pewni, co bohaterka urodzi, trzyma bezlitośnie na krawędzi fotela. Tylko że mam wrażenie, że na koniec zostaje z tego emocjonalna i intelektualna pustka, a całość była ćwiczeniem stylistycznym reżyserki. Wprawdzie jak wspomniałem, w miesiąc po seansie dalej myślę o tym filmie, ale nie jest to pobudzenie intelektualne.

Krzyk (Scream, Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillet, 2022)

Krzyk wrócił i w zgodzie z ostatnią modą nie ma w tytule kolejnego numerka lub podtytułu, ale technicznie rzecz biorąc to piąta część, a nie reboot. Są tutaj wszystkie składniki, z których słynie seria. Przede wszystkim jest metatekstualność, postacie są świadome zasad kierujących gatunkiem, odwołują się do serii filmowej, która istnieje w uniwersum filmu, a jest wzorowana na wydarzeniach z poprzednich części. Tym razem twórcy wysyłają przede wszystkim prztyczki w stronę kultury rebootów i „legacy sequeli”, które często niszczą, to co było dobre w oryginałach. Nowy Krzyk trochę idzie śladami „legacy sequeli” spokrewniając nową protagonistkę z mordercą z oryginalnego filmu, ale twórcy starają się zamieszać w formule, dając nam prawdziwe zwroty akcji, jednak i tak mam wrażenie, że są one dokładnie wykalkulowane. Ginie dokładnie ta postać, która wydaje się, że zginie, a twórcy przez to starają się wydobyć tkwiący od zawsze w slasherach podtekst feministyczny.

Oczywiście są tutaj również jak w poprzednich częściach krwawe morderstwa i finalny zaskakujący plot twist z tożsamością mordercy. Ostatnie 20 minut, to najmocniejszy punkt filmu, twórcom udało się zbudować, chociaż część ekscytacji, od której buzował finał oryginalnego filmu z 1996 roku. Reszta to jednak odgrzewany kotlet, chwilami smaczny, ale bez wyrazu i stylu filmów Wesa Cravena.

Jasiek Bryg

Źródła zdjęć:

Zdj 1 – oficjalne materiały prasowe filmu C’mon C’mon

Zdj 2 – oficjalne materiały prasowe filmu Zaułek koszmarów