Dla ciebie jestem sobą

Lekcja miłości (2019) Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei to film dokumentalny, opowiadający o szacunku do samego siebie i pokazujący, że nigdy nie jest za późno na szczęście. Arkadyjski pejzaż Włoch widoczny w pierwszym ujęciu daje się poznać od innej strony niż tylko w funkcji tła romantycznych, wakacyjnych przygód. Z pozoru sielski obraz w rzeczywistości skrywa troski…


Lekcja miłości (2019) Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei to film dokumentalny, opowiadający o szacunku do samego siebie i pokazujący, że nigdy nie jest za późno na szczęście.

Arkadyjski pejzaż Włoch widoczny w pierwszym ujęciu daje się poznać od innej strony niż tylko w funkcji tła romantycznych, wakacyjnych przygód. Z pozoru sielski obraz w rzeczywistości skrywa troski i przemoc domową, której doświadcza ze strony męża pani Jolanta – główna bohaterka Lekcji miłości. To miejsce nie ma nic wspólnego z radością i beztroską Tycjanowskich Bachanalii; tutaj alkohol zmienia w oprawcę. Jolanta Janus, stęskniona za wolnością i miłością, postanawia w wieku siedemdziesięciu lat odzyskać własne życie. Opuszcza więc partnera i wyjeżdża do rodzinnego Szczecina.

Po podróży z Włoch trafiamy na plażę, na której oglądamy trzy kobiety oddające się z przyjemnością kąpieli słonecznej. Podsłuchujemy, jak Gracje dzielą się ze sobą przykrymi doświadczeniami, których doznawały w związkach. Dramat opowiadanych historii kontrastuje z żywymi kolorami lata, a ślubne hasło „na dobre i na złe” ukrywa inne znaczenie – „pił i bił”. Z perspektywy czasu Jolanta wraz z przyjaciółkami zastanawia się nad losem, jaki mógłby spotkać sadystycznych mężów. Przypominają Mojry – tak jak one naprężają nić, ale czy są gotowe ją przeciąć i ruszyć dalej? To problem, z którym mierzy się bohaterka filmu, zadając sobie pytania o znaczenie ślubu, rozwodu i związku. Spacer brzegiem wzburzonego morza przy zachodzie słońca obrazuje jednak siłę, jaką skrywają w sobie wspomniane postaci. Sportretowane jako dumne i wolne, pełne kobiecej mocy, gotowe stawić czoła niewiadomej przyszłości.

Powrót do Polski okazuje się wybawieniem. Rodzinne miasto jawi się jako kraina szczęścia i normalności. Azyl, w którym jest czas i miejsce na emocje oraz rozwój, a okazywanie uczuć nie kończy się traumatycznym doświadczeniem. Można liczyć na uśmiech i rozmowę z przyjaciółmi. Prozaiczne oglądanie telewizji w ramionach ukochanej osoby staje się pięknym obrazem: ostoją bezpieczeństwa wypełnioną odwzajemnionym, głębokim uczuciem dwojga bohaterów.

Ważną rolę w życiu pani Jolanty odgrywa nowo poznany towarzysz – pan Wojciech. Odnaleźli siebie na parkiecie szczecińskiej restauracji Café Uśmiech. W jednej ze scen oglądamy parę podczas zabawy na wieczorku tanecznym. Obserwujemy jak mężczyzna, wpatrzony w panią Jolę, wiruje z nią na parkiecie, adoruje, składa całusy w policzek i obdarza czułym uśmiechem. Pomimo sali pełnej ludzi to oni wydają się być głównymi tancerzami, pląsającymi do utworu Happiness w wykonaniu Connie Francis. Cała scena rozgrywa się w fetyszyzująco zwolnionym tempie i zamyka się w kadrze o dominującym kolorze pudrowego różu. Czy nie tak właśnie patrzą na siebie świeżo zakochani – przez różowe okulary?

Początkowo dla Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei dancingi miały być głównym tematem, ale kiedy spotkały panią Jolantę, która zainspirowała je swoją historią, postanowiły zmienić kierunek i porzuciły pierwotny zamysł. Reżyserki podeszły do bohaterki dokumentu z wysmakowanym szacunkiem. W oglądanych scenach czuć zaufanie w relacji, która nawiązała się między twórczyniami filmu a bohaterką dokumentu. Naturalnie, bez nacisku i za zgodą obu stron – tak jak w prawdziwej miłości.

Pani Jolanta odnajduje szczęście nie tylko dzięki tańcowi. Szuka go również w śpiewie. Ćwiczy swój głos, interpretując utwory muzyczne i pobierając lekcje, które pomagają jej wypracować nie tylko technikę wokalną, ale również poczucie własnej wartości. Z podziwem można obserwować, z jaką powagą podchodzi ona do zajęć. W zmarszczonych brwiach i zwężonych ustach widać przebłyski samokrytyki i surowości. Detale uwidaczniają jej pragnienie rozwoju i dalszej nauki, ale też samodyscyplinę. Większość ćwiczonych utworów dotyczy miłości. Trenerka daje wskazówki: czulej, milej, łagodniej – „jakbyś chciała kogoś pogłaskać tym słowem”. Być może nie zna całej historii swojej uczennicy, ale widz dostrzeże napięcie w bohaterce, wywołane widmem przeszłości. O kim myśleć, śpiewając o miłości? Do kogo się zwrócić, kiedy przez całe życie odczuwało się jej brak? Być może jest to bolesne doświadczenie. Naginanie swoich granic i wprowadzanie zmian nie wiąże się zazwyczaj z przyjemnym uczuciem. Przełomowy moment następuje, kiedy pani Jolanta dojrzewa do wypowiedzenia frazy „dla ciebie jestem sobą – jestem Jolką!”. Początkowo niezręcznie, ale z czasem z coraz większą samoświadomością, odbudowuje poczucie własnej wartości. Odrabia zaległą, ale najważniejszą lekcję miłości – miłości do samej siebie.

Wspomniane wcześniej nawiązania do sztuki renesansowej nie są przypadkowe. W filmie przewijają się motywy z historii sztuki. Jednym z nich jest figura Wenus, wyrzeźbiona na wzór tej z obrazu Botticellego, która zajmuje honorowe, centralne miejsce w ogrodzie głównej bohaterki. Sztuka w ogóle jest tym, czym pani Jola się otacza – świadczą o tym oryginalne stroje, obrazy i muzyka. Niczym gwiazda filmowa przedstawia nam fragment swojego życia. Dzieli się procesem ponownych narodzin. Przez jej pełną uroku teatralność przebija niesamowity wigor, energia i wrażliwość. Towarzyszymy jej do samego końca w dojrzewaniu do bliskości, otwartości i szacunku dla samej siebie. Daje nam wgląd w głębsze warstwy swojego wnętrza, ale nie obnaża się całkowicie. Oglądanie tej drogi to wspaniałe doświadczenie. Możemy być wdzięczni za tę cenną i inspirującą lekcję, którą zgodziła podzielić się z nami pani Jolanta: na miłość nigdy nie jest za późno.

Emilia Kutrzeba