Rozmowa z Bartkiem Fukietem, tłumaczem audiowizualnym, o tajnikach jego zawodu.
Justyna Leszek: Za każdym razem, gdy w napisach końcowych widzę nazwisko autora lub autorki tłumaczenia, zastanawiam się, jak właściwie przebiega cały ten proces. Na początku chciałabym więc zapytać, jak wyglądają poszczególne etapy pracy nad tłumaczeniem filmu?
Bartek Fukiet: Bardzo różnie: to zależy od rodzaju tłumaczenia. Przy tłumaczeniu napisowym – jeśli to dystrybutor niezależny – dostaję film w pliku, albo – jeśli to jeden z majorsów (dużych studiów) – zostaje mi on udostępniony na serwerze streamingowym. Później oczywiście oglądam film. Jeśli tematyka dzieła dotyczy jakiejś specyficznej dziedziny wiedzy, w miarę możliwości robię research. Jeśli to adaptacja książki, komiksu, sequel lub element franczyzy czy większego filmowego uniwersum, staram się zapoznać z materiałem źródłowym, obejrzeć inne tytuły. Potem tłumaczę na podstawie oryginalnej listy dialogowej, ewentualnie – przy filmach ze studiów – korzystam z programu, gdzie mogę na bieżąco podglądać wpisywane subtitles. Napisy muszą mieścić się w określonych parametrach (jak na przykład ilość znaków) i mogą mieć maksymalnie dwa wersy. Większość tłumaczy również je rozstawia, korzystając ze specjalnego oprogramowania. Kiedy robię tłumaczenie dla majorsów korzystam z programu, który wymusza czas trwania i długość napisu, co niekiedy prowadzi do gimnastyki umysłowej, bo język polski jest dużo bardziej „rozwlekły”.
Potem jest jeszcze korekta. Przy filmach ze studiów robi to automat, a ja muszę każdą poprawkę ręcznie zaakceptować. Później, dla pewności, pod kątem wyłapywania ewentualnych przekłamań w tłumaczeniu, nieprecyzyjności, niespójności czy literówek, napisy przegląda jeszcze jeden tłumacz. Końcowy etap to ostatnie przejrzenie materiału, już na rozstawionych napisach. To ja jako główny tłumacz decyduję, czy dostosować się do sugestii proof-readera, czyli korektora.
„Szeptanka”, czyli tekst dla lektora, na ogół pisana jest na bazie listy dialogowej. Tekst musi być bardziej zwarty, żeby lektor zdążył go przeczytać. Trzeba skracać dialogi i upraszczać zdania, więc w wersji lektorskiej ucieka sporo niuansów. W przypadku dubbingu chodzi z kolei o to, żeby nie tylko napisać dialogi, ale też sprawić, że będą – jak to się mówi w branży – trafiać w „kłapy”, czyli synchronizować się z ruchami ust animowanej postaci lub, co trudniejsze, aktora.
Skoro już o tym mowa – dubbing, lektor, napisy. Czy praca nad każdą z tych form czymś się jeszcze różni?
Dubbing daje tłumaczowi największą swobodę. Odbiorca nie słyszy treści oryginalnej i często zdarza się, że postaci w polskiej wersji językowej mówią zupełnie inne dialogi, niż w oryginale (nieprzekładalne dowcipy, wątki, które w polskiej strefie kulturowej nie byłyby zrozumiane etc.). Z drugiej strony dubbing narzuca też dużą precyzję. Dialogi muszą również uwzględniać wszystkie pauzy, zawahania i reakcje (chrząknięcia, kaszlnięcia etc.).
Jeśli chodzi o napisy to odbiorca słyszy tekst oryginalny i w tym przypadku treść powinna być jak najbardziej zbliżona do źródłowej, co często jest o tyle trudne, że składnia w języku polskim jest bardziej rozbudowana od tej w angielskim Mnie najłatwiej pracuje się w programie, który automatycznie rozstawia napisy i daje możliwość bieżącego podglądu napisów na obrazku. Tak właśnie pracuję dla majorsów.
„Szeptanka” wymaga największych skrótów w tekście. W filmach, w których bohaterowie mówią szybko, przekrzykują się itp., trzeba mocno przycinać dialogi i wybierać tylko kwestie najważniejsze dla historii.
A jak to wygląda z tłumaczeniem treści dla dzieci, w przeciwieństwie do tych skierowanych do dorosłych?
Słownictwo powinno być łatwiejsze, żeby dzieci mogły zrozumieć dialogi. Staram się unikać treści drastycznych. Nawet jeśli w oryginale bohater mówi „Zabiję cię”, to zawsze to zmiękczam. Nie toleruję wulgaryzmów i grubiańskiego humoru.
Wydaje się, że szeroki dostęp do Internetu czy rozwój platform streamingowych również znacząco wpływa na zawód tłumacza. Czy rzeczywiście tak jest?
Zmiana ta zachodzi przede wszystkim w dwóch aspektach. Po pierwsze, dostęp do Internetu daje tłumaczowi możliwość wyszukiwania niezrozumiałych, nieznanych mu idiomów, zwrotów, wyrażeń slangowych czy kontekstów kulturowych, referencji. Dzięki temu o wiele łatwiej się pracuje. Jeśli w tłumaczonym filmie jest odniesienie do jakiegoś tekstu, filmu, komiksu czy wiersza, można sięgnąć do źródła. Można także wyszukiwać zwroty, których nie ma w słownikach, myszkując po forach internetowych i dedukując z kontekstu, co oznaczają. Po drugie, dzięki platformom streamingowym zachodzi ogromna podaż na tytuły do tłumaczenia, a co za tym idzie, większe zapotrzebowanie na tłumaczy.
Skoro jesteśmy w temacie Internetu, to co z tłumaczeniami fanowskimi czy amatorskimi? Jak ocenia Pan to zjawisko?
BF: Nie znam tłumaczeń fanowskich, więc trudno mi się wypowiedzieć. Pamiętam, że przed laty, kiedy kierowałem działem kinowym firmy dystrybucyjnej Kino Świat, dostałem piracką wersję filmu, który wprowadzaliśmy do kin i tłumaczenie było lepsze – dowcipniejsze niż nasze zlecone profesjonaliście. Zatem na pewno trafiają się perełki i pasjonaci z talentem.
Gdy już dane dzieło trafia do widza, to mam wrażenie, że zdecydowanie częściej mówi się o tych tłumaczeniach, które z jakiegoś powodu się nie podobają niż na odwrót. Moja teoria jest taka, że łatwiej wychwycić coś, co nam zgrzyta, niż docenić dobre tłumaczenie. Czy rzeczywiście tak jest?
Zgadza się. Dobre tłumaczenie jest „przezroczyste”. Powinno „wtapiać się” w film i być niezauważalne. Dopiero wtedy, kiedy coś nam zazgrzyta, wytrąci z filmowego świata, zwracamy na to uwagę i zapamiętujemy.
Czym jeszcze charakteryzowałoby się według Pana dobre tłumaczenie? Co jest najważniejsze w pracy nad nim?
Dobre tłumaczenie „płynie” – łatwo się czyta, wiernie oddaje treść oryginału, stara się odwzorować subtelności materiału źródłowego. Kiedy bohaterowie posługują się różnym słownictwem, na przykład z racji wykształcenia – jak na przykład główne postaci filmu Green Book (2018, P. Farrelly), ochroniarz i wykształcony muzyk – tłumaczenie powinno to odzwierciedlać.
A dobry tłumacz? Podejrzewam, że wbrew powszechnej opinii, znajomość języka obcego to nie wszystko.
Dobry tłumacz musi dobrze znać język polski, dużo czytać, być na bieżąco z językiem potocznym. Musi też śledzić świat wokół siebie, stale się dokształcać, robić research do poszczególnych projektów, a także próbować zrozumieć opowiadaną historię i bohaterów oraz gatunek filmowy, z którym w danym momencie pracuje.
W dyskusji wokół tłumaczeń głosy krytyczne często pojawiają się w odniesieniu do tytułów filmów. Ale za to chyba raczej odpowiadają spece od marketingu, a nie tłumacze audiowizualni. Czy zgodziłby się Pan, że nadal pokutuje mylne przekonanie co do zakresu pracy tłumaczy?
Tytuł filmu jest elementem strategii sprzedażowej i decydują o nim ludzie zajmujący się marketingiem. Z reguły musi go jeszcze zatwierdzić licencjodawca i trzeba mu go przesłać do akceptacji wraz z back translation, czyli wytłumaczeniem po angielsku, co ten tytuł oznacza po polsku i dlaczego został wybrany. Zdarza się, że dystrybutor prosi tłumacza o propozycję tytułu albo konsultuje z nim swój pomysł, ale nie jest to częste zjawisko.
Chciałabym zapytać o tę kłopotliwą kwestię, czyli potknięcia. Czy zdarza się Panu, na przykład po czasie, zauważyć jakąś pomyłkę czy błąd w swoim tłumaczeniu? Jak Pan sobie wtedy z tym radzi?
Staram się być skrupulatny, wgryzam się w temat (zdarzało mi się już czytać i książki prawnicze, i Biblię, i Lemegeton – księgę o przywoływaniu demonów) i dokładnie sprawdzam pisane przez siebie dialogi. Szczęśliwie nie wychwyciłem jeszcze żadnej poważnej wpadki, tylko, raz czy dwa, praktycznie niezauważalne dla odbiorcy literówki. Jak bym sobie poradził z poważnym błędem? Praca z tekstem – kiedyś byłem redaktorem naczelnym śp. miesięcznika filmowego „Cinema” – nauczyła mnie, że pomyłka jest rzeczą ludzką i zdarza się wszystkim, dlatego trzeba ryzyko błędu zmniejszyć do minimum, podchodząc do pracy ze starannością.
Czy ma Pan w swoim dorobku takie tłumaczenie, które było dla Pana prawdziwym wyzwaniem? Jak Pan z tego wybrnął?
Każde tłumaczenie jest dla mnie wyzwaniem, bo każde chciałbym zrobić jak najlepiej. Tłumaczyłem klasyczny film Disneya Przygody Ichaboda i Pana Ropucha (1949, C. Geronimi, J. Kinney, J. Algar), gdzie spora część tekstów była wierszowana. Wyzwaniem były tłumaczenia piosenek do Narodzin gwiazdy (2018, B. Cooper) i dialogi do adaptacji Małego Księcia (2015, M. Osborne). Trudny był także serial Netflixa Nie ma jak w rodzinie (2015) ze względu na ogromną ilość wyrażeń idiomatycznych, slangowych i odwołań do zjawisk czy sytuacji z historii i popkultury USA, zupełnie nieznanych i nieczytelnych w Polsce. A jak z tego wybrnąłem, nie mnie oceniać.
Czy praca tłumacza audiowizualnego znacząco wpływa na Pański odbiór treści?
Tak. Mam skrzywienie zawodowe – przy dubbingach patrzę, czy „kłapy” się zgadzają i próbuję z ruchu ust postaci wyczytać, jak brzmiał oryginalny tekst. Czytając napisy, zastanawiam się, jak ja bym to przetłumaczył.
No i efekt uboczny – tracę frajdę oglądania czegoś jako zwykły widz, bo często dostaję filmy w wersji B&W, bez efektów, bez finalnego dźwięku czy muzyki, a siadając w kinie, znam już taki tytuł na pamięć.
A czy personalne odczucia względem filmu wpływają w jakiś sposób na pracę nad nim?
Najprościej rzecz ujmując, łatwiej tłumaczy się filmy, które nas zachwycają. Świetny materiał źródłowy dodaje skrzydeł tłumaczowi. Kiedy przekładam dialogi, które w oryginale napisano bardzo dobrze, komfort pracy jest zupełnie inny. Taką przyjemność miałem pisząc na przykład polskie wersje Green Book i Narodzin gwiazdy – oba filmy nominowane do Oscara za najlepszy scenariusz [w 2019 roku Green Book otrzymał tę statuetkę za scenariusz oryginalny, Narodziny gwiazdy nominowane były zaś za scenariusz adaptowany, za który nagrodę dostał wówczas film Czarne bractwo. BlacKkKlansman Spike’a Lee– przyp. JL.]. Była to też na przykład nagrodzona Złotym Globem i nominowana do Oscara [w roku 2020 – przyp. JL.] poklatkowa animacja Praziomek (2019, C. Butler).
Na sam koniec chciałabym zapytać o plany na przyszłość. Czy ma Pan może jakieś dzieło filmowe, o którego tłumaczeniu z jakiegoś względu Pan marzy?
Chciałbym przetłumaczyć Diunę [premiera zaplanowana na 2021 rok – przyp. red.] Denisa Villeneuve’a – to adaptacja jednej z najukochańszych powieści mojego dzieciństwa. I generalnie chciałbym jak najczęściej tłumaczyć dobre kino i seriale.
Bardzo dziękuję za rozmowę. I cóż, pozostaje mi jedynie życzyć, aby udało się Panu przetłumaczyć Diunę.
Bartek Fukiet – tłumacz filmów i seriali, dystrybutor i dziennikarz. Na swoim koncie ma również dialogi do takich produkcji jak Liga sprawiedliwości (2017, J. Whedon, Z. Snyder), Doktor Sen (2019, M. Flanagan), Shazam! (2019, D. F. Sandberg) czy serial Chilling Adventures of Sabrina (2018).