
Gdy w 2012 roku Eliza Hittmanprzeczytała w gazecie o głośnej sprawie Savity Halappanavar, zaczęła zastanawiać się nad tym, jak długą drogę musiałaby przebyć owa kobieta, aby uratować swoje życie. Z czasem rozważania przerodziły się w potrzebę zobrazowania globalnego problemu, czego efektem jest Nigdy, rzadko, czasami, zawsze (2020). I choć poruszany temat wciąż budzi kontrowersje, reżyserka podchodzi do niego w niesamowicie czuły i łagodny sposób.
Dzieło Elizy Hittman opowiada historię Autumn (Sidney Flanigan), siedemnastolatki mieszkającej w niewielkim miasteczku w USA. Bohaterka dowiaduje się, że zaszła w niechcianą ciążę i razem ze swoją kuzynką (Talia Ryder) wyrusza w podróż do Nowego Jorku w celu dokonania aborcji. Konstrukcja fabuły jest prosta. Dziewczyny chodzą do szkoły, pracują w supermarkecie, prowadzą zwykłe życie. Nie znajdziemy w niej zaskakujących zwrotów akcji, heroicznych czynów czy ckliwych monologów. Właśnie prostota, subtelność i bijąca z ekranu prawda są największą siłą utworu.
Małomiasteczkowa rzeczywistość otaczająca Autumn powoduje, że staje się ona bohaterką tragiczną. Nie może liczyć na pomoc czy przyzwolenia na przerwanie ciąży, nie ma też nadziei na wsparcie społeczeństwa w wypadku urodzenia w tak młodym wieku. Próbuje różnych metod na przerwanie ciąży, w tym zadawania sobie ciosów w brzuch tak mocno i tak długo, aż dojdzie do poronienia. Bezskutecznie. Był to pierwszy moment w filmie, który ścisnął mnie za gardło i przypomniał inny tytuł: 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni (2007, C. Mungiu), przedstawiający Rumunię lat 80. Wielka tajemnica, dwie kobiety przeciwko światu. Mimo, że losy bohaterek potoczyły się inaczej to fakt, jak niewiele się zmieniło w tym temacie i jak trudno otrzymać wsparcie i zrozumienie, przyprawia o dreszcze.
Autumn, pomimo braku pieniędzy, podejmuje trudną decyzję o przerwaniu ciąży w Nowym Jorku. Razem ze swoją kuzynką wyrusza w trwającą trzy dni podróż. Wszystkie przebyte przez nią kilometry z ogromną walizką, brakiem możliwości umycia się i spaniem na dworcach sprawiają, że „wchodzimy w buty” głównej bohaterki. Czujemy spoczywający na jej barkach ciężar i zmęczenie, ale też lepiej rozumiemy relację dziewczyny z kuzynką. Obserwujemy i odczuwamy miłość, bezwarunkowe i niezachwiane wsparcie czy ich niewymagające słów porozumienie. Autumn nie musi mówić „jestem w ciąży”, nie musi dziękować ani przepraszać, gdy wycieńczenie prowadzi do starcia między nią a kuzynką. Kłótnia i pojednania bohaterek to magia, którą zrozumieją tylko siostry lub najbliższe przyjaciółki.

Reżyserka Eliza Hittman znana jest z wspomnianej wcześniej subtelności, łagodności i zdolności obserwacyjnych. Aktorzy grający w jej filmach, podobnie jak wcielająca się w Autumn debiutantka Sidney Flanigan, mówią w wywiadach o oszczędności Hittman w udzielaniu rad, o tym, jak dużo pracuje z nimi przed wejściem na plan i jak – podczas zdjęć – spokojnie patrzy i czeka na to, co się wydarzy. Jedną z przyświecających reżyserce zasad jest rezygnacja ze słów, jeśli tylko scena w ten sposób może być przedstawiona. Wszystko to składa się na dojmujące poczucie, że oglądamy historię nie filmowych bohaterów, a prawdziwych ludzi. Hittman zaciera granicę między fabułą a dokumentem. Wszystkie te niuanse ujrzą światło dzienne w scenie, w której padają tytułowe określenia, kiedy Autumn siedzi w klinice aborcyjnej, uwięziona w ciasnym kadrze. Pytania, które zadaje jej pracownica (swoją drogą, kobieta ta w rzeczywistości pracuje w jednym z podobnych ośrodków, a Hittman poznała ją podczas robienia dokumentacji do filmu), bardzo osobiste i rozdrapujące wspomnienia nadużyć seksualnych z życia dziewczyny, ponownie chwytają za gardło. Autumn nie musi mówić, co się stało, kto zrobił jej krzywdę, kiedy zgodziła się na zbyt wiele lub na coś, czego nie chciała. Bez zbędnych słów, bez przesady i dubli. Aż trudno uwierzyć, że Sidney Flanigan nie ma zaplecza aktorskiego. To jedno, długie ujęcie, gra mimiką i emocjami są czymś, co zapada w pamięci na długo po seansie. Jestem pewna, że autentyczność bijąca od Flanigan zapewni jej jeszcze niejedną rolę pierwszoplanową.
Reżyserka nie moralizuje i nie ocenia bohaterki ani jej wyboru. Pokazuje przelotnie protesty pod kliniką aborcyjną, małomiasteczkową mentalność, portretuje zarówno pracowników instytucji pro-life, jak i pro-choice, ale nie opowiada się po żadnej ze stron – po prostu opowiada historię. Historię, po której życie toczy się dalej, a bohaterka wraca do swojego świata, do swojej normalności. Nie przedstawia decyzji Autumn jako wielkiej traumy, która zdefiniuje ją na resztę życia.
I tu nie sposób nie zwrócić uwagi na czas, w jakim film pojawił się na ekranach wybranych kin w Polce. W całym kraju trwają protesty kobiet walczących o to, aby ich prawo do decydowania o sobie było respektowane i traktowane nie jako temat zastępczy lub wielka moralna batalia, w której istnieją dobrzy i źli. Gdyby najbardziej wpływowe osoby były wyposażone w taką wrażliwość, empatię i przede wszystkim chęć zrozumienia bohaterek życia codziennego, z jakimi Hittman opowiada historię Autumn, dzieło pewnie nigdy nie musiałoby powstać
Gabriela Andrzejewska
Zdjęcia w tekście pochodzą z materiałów prasowych American Film Festival