
Choć święta Bożego Narodzenia już dawno minęły (i jednocześnie się zbliżają, co stanowi jeden z wielkich plusów wynikających z obrotów ziemi wokół słońca), napiszę o ostatnim w ubiegłorocznym grudniu spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Filmowego i tytule, jaki wówczas obejrzeliśmy – Cudzie na 34. ulicy.
Może wylanie swych myśli na papier pozwoli mi lepiej zrozumieć, jaki stosunek tak naprawdę mam do tej produkcji, bo, choć na wspomnienie o niej czuję pozytywne emocje, nie jestem do końca pewna, czy wynikają one z mojego doświadczenia czy też może z powszechnie panującej opinii o tym, jak dobry jest ten filmowy klasyk.
Amerykańska wizja świąt Bożego Narodzenia często kojarzona jest z mocnym ukierunkowaniem na konsumpcjonizm, gdzie nie liczy się już sama ich idea w sensie stricte religijnym, ani nawet świeckim (jak wspólne spędzenie czasu z rodziną i przyjaciółmi), ale — oczywiście, bo jakby mogło być inaczej — materialnym: prezenty, jedzenie, bogactwo ozdób wszelkiej maści i wzajemne prześciganie się w pomysłach mających na celu udowodnienie innym, że ten czas celebrujemy lepiej od nich..
W drugiej dekadzie XXI wieku, gdy ilość świątecznych produkcji wzrasta z roku na rok, oryginalne pomysły przestają być tak łatwo dostrzegalne, bo zwyczajnie albo już ich nie ma, albo po pojawieniu się na powierzchni zostają szybko wchłonięte przez nieustannie mielące tryby gigantycznej machiny. Co minutę wypluwa ona twory coraz pokraczniejsze, za to o wyższym budżecie, z udziałem znanych aktorów i koniecznie groteskowo przesłodzoną fabułą.
I wcale nie uważam, że konsumpcjonizm musi oznaczać coś złego, bo sama uwielbiam otaczać się przedmiotami, które kupuję, tworzę, wręczam innym i którymi najbliżsi obdarowują mnie. Kocham też oglądać te przesłodzone filmy. Po prostu myślę, że warto zachować odpowiednie proporcje i pamiętać o tym, co tak naprawdę liczy się w czasie świąt. Z pewnością nie są to, jak sądzę, rzeczy, będące jedynie substytutem wyzwalacza magii, jak różdżka, którą machnąwszy raz, a porządnie, można wyczarować coś pięknego. Bo żeby operować różdżką, trzeba mieć coś więcej niż sam przedmiot (co wielokrotnie uświadamiała mi lektura Harry’ego Pottera). Trzeba mieć magię w sobie.
O czym właściwie opowiada Cud na 34. ulicy George’a Seatona z 1947 roku? Rozpoczynając seans, nie byłam pewna i nawet nie chciałam wiedzieć za dużo, bo przecież największy fun leży w poznawaniu tego, co ukryte. Pozwoliłam sobie z każdą sceną odkrywać sekret stojący za tak wieloma pochlebnymi opiniami i ostatecznie nie jestem pewna, czy jednak trochę się nie zawiodłam.
Sama w sobie historia jest ciekawa: akcja toczy się podczas srogiej zimy w wielkim mieście Nowy Jork. Sieć sklepów „Macy’s” przeżywa właśnie swój najgorętszy w roku czas, czyli okres grudniowych promocji, rozpoczynający się paradą z okazji Święta Dziękczynienia. Podczas wydarzenia mającego na celu promocję marki i zyskanie nowych klientów, pijany pracownik w roli świętego Mikołaja stawia do pionu organizatorkę zajmującą się marketingiem, Doris Walker (graną przez Maureen O’Hara), która na jego miejsce zatrudnia Krisa Kringle (w tej roli Edmund Gwenn) — starszego mężczyznę, uparcie utrzymującego, że jest prawdziwym świętym Mikołajem.
W tym momencie oczywiście łatwo dojść do wniosku, że tak właśnie jest i sekret został odkryty, ale, oprócz słów Krisa, widz nie otrzymuje żadnych dowodów na to, iż bohater mówi prawdę. Brzuszek i brodę może mieć każdy mężczyzna lubiący od czasu do czasu zjeść ciut za dużo, lecz nie należy od razu przypinać mu łatki Mikołaja. Wspomnę też, że Doris do tego stopnia gardzi wszelkimi nadnaturalnymi zjawiskami, że uczy swą córeczkę Susan, by absolutnie nie wierzyła w wypowiadane bezmyślnie brednie o świętach i całej ich magii, co mała z wielką zapalczywością przyswaja jako swoje życiowe motto.
Nie wiem, czy istnieje ktoś wrażliwy, kto, widząc tę małą na początku filmu, zachowującą się jak robot, nie uznałby jej z miejsca za mentalnie skrzywdzone przez matkę dziecko. Czułam ogromny dyskomfort (może nawet ośmielę się powiedzieć, że doświadczyłam efektu znanego pod nazwą uncanny valley ) obserwując jak Susan, niczym zaprogramowany android, bez emocji i grama wątpliwości, rozmawia z Krisem i utrzymuje, że całe te święta, to w zasadzie stek bzdur i nie może być inaczej. Muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem fantastycznej gry aktorskiej młodziutkiej Natalie Wood, znanej z takich produkcji jak Buntownik bez powodu (1955,N. Ray), czy West Side Story (1961, R. Wise/J. Robbins). Nie jest prostym zadaniem wcielić się w kogoś, kto zachowuje się sztucznie, nie grając przy tym w sposób sztuczny, więc po raz kolejny, brawa dla małej bohaterki.
Co najlepsze, wraz z rozwojem narracji i dzięki regularnym spotkaniom z Krisem, w Susan będzie zachodzić diametralna zmiana, a widzowi zostaną przedstawione sytuacje wyzwalające coś na kształt wiary w prawdomówność głównego bohatera (co zabawne, Gwenn na rozdaniu Oscarów w 1948 roku otrzymał statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową, co zupełnie mnie zaskoczyło, bo gdyby nie nagroda, tkwiłabym w nieświadomości, myśląc, że pełni funkcję protagonisty).
I chyba to stanowi dla mnie największą wartość amerykańskiej produkcji. Pomimo że z ust Kringle’a jasno i wyraźnie padło stwierdzenie, że to on jest Mikołajem, nie mamy co do tego większej pewności, inaczej niż twardo stąpająca po ziemi Doris, czy też wierna kopia swojej matki — Susan. W rezultacie do pewnego momentu byłam przekonana, że na pierwszy plan wcale nie wychodzi sprawa istnienia świętego Mikołaja, a bardziej idea obchodzenia przez ludzi świąt i wiara w ich magię, rozumianą w różny sposób. Do tego dochodzi problem skupiania się jedynie na przedmiotach, nie zaś na ludziach i relacji z nimi. Owszem, tutaj (co niezwykle mnie mierziło) ta magia opierała się właśnie na istnieniu postaci świętego Mikołaja — mocno skomercjalizowanego, o życiowym zadaniu polegającym na rozdawaniu upominków grzecznym dzieciom — ale nie sposób zaprzeczyć, że dziecięca wiara w tę postać jest w kulturze amerykańskiej mocno zespolona z ideą samych świąt. Mimo wszystko całość miała charakter naprawdę niewinny i mocno rozgrzewający serce.
Dopóki akcja toczyła się pomału do przodu, koncentrując się na postaciach, dialogach i zabawnych sytuacjach, wszystko szło gładko, lekko i przyjemnie. Bawiły mnie gagi, które swoim urokiem, niemożliwym do podrobienia, a charakterystycznym dla kinematografii pierwszej połowy ubiegłego wieku, pozwoliły mi przymknąć oczy na inne niedociągnięcia filmu. Nie brakowało wzruszających chwil, albo takich, które wprawiały w prawdziwą konsternację, jak na przykład rozmowa Krisa-Mikołaja w centrum handlowym z holenderską dziewczynką, w jej rodzimym języku. Co ciekawe, w tym dialogu bohaterka spytana o to, co chciałaby otrzymać, odpowiada, że niczego już nie potrzebuje — właśnie została adoptowana przez nową mamę. I dzięki takim właśnie sytuacjom Cud na 34. ulicy zaczęłam postrzegać trochę jak filmową baśń, w której magia opiera się nie na tym, co dosłownie powiedziane, a co można zrozumieć jedynie poza słowami.
W taki właśnie sposób odbierałam sielankowe, jak dla mnie, dzieło Seatona. Aż tu nagle, gdzieś w połowie filmu poczułam mocny zgrzyt, jakbym obudziła się oglądając zupełnie inny film. Walka z niesprawiedliwością, z jaką potraktowano Krisa, stała się nagle głównym tematem Cudu na 34. ulicy. Trochę za długo trwała ta przepychanka z systemem, nieco rozciągnęło się to w czasie, ale to nie szkodzi, bo jestem w stanie wybaczyć filmowi taki obrót spraw. Może właśnie dzięki temu utwór Seatona jest świetną rozrywką zarówno dla dzieci ( utrzymujących od początku, że Kris jest Mikołajem, za którego się podaje), jak i dorosłych (uosabiających tę drugą stronę, która wątpi i musi mieć solidne argumenty, by dać się przekonać)? Może też dzięki temu zyskał charakter, bez którego stałby się jałowy?
Gdzie w tym wszystkim byłam ja? Oczywiście po tej pierwszej stronie, ale większe znaczenie niż to, kim Kris jest naprawdę– urodzonym kłamcą, czy istotą, której rozum nie pojmie – miała trawiąca mnie ciekawość: w jaki sposób prawda zostanie mi objawiona (i czy w ogóle zostanie?). Nie zawiodłam się.
Cud na 34. ulicy z 1948 roku to nie tylko zwykła bajka. Dzieło,stało się zdobywcą aż trzech Oscarów — nagroda za najlepszy scenariusz trafiła do rąk Georga Seatona, który po raz kolejny otrzymał tę statuetkę kilka lata później, za reżyserię Dziewczyny z prowincji (1954). Wyróżnienie za najlepszą rolę drugoplanową zgarnął Edmund Gwenn, pojawiający się na ekranach kin regularnie od 1916 roku. Można go zobaczyć m.in. w kilku filmach Hitchcocka, takich jak Wiedeńskie walce (1934), Zagraniczny korespondent (1940) i Kłopoty z Harrym (1955). Oscarem za najlepsze materiały do scenariusza został uhonorowany Valentine Davis.
Cud doczekał się też remake’ów (w tym najbardziej znanego z 1994 w reżyserii Les’a Mayfielda), ale te nie okazały się lepsze od oryginału i skryły się głęboko w jego cieniu. Rewelacyjna rola Edmunda Gwenna umocniła znany już Amerykanom charakterystyczny wizerunek Mikołaja, który po raz pierwszy pojawił się w ich kulturze dzięki koncernowi coca-cola w drugiej dekadzie XX wieku, by następnie zadomowić się i stać ikoną świąt, znaną na całym świecie.
Cud na 34. Ulicy, od lat pozostający w ścisłej czołówce najlepszych tytułów świątecznych, ma do zaoferowania dużo więcej, niż udało mi się z niego wyciągnąć i zdaję sobie z tego sprawę. Na pewno kiedyś do niego wrócę, ale póki co, nie odczuwam tak wielkiej ku temu potrzeby.Powodem jest chyba to, że film, choć emanował nieodpartym urokiem, nie pozostawił we mnie wrażenia, na jakie liczyłam. Oczywiście idzie też wiosna, więc ciężko było mi wczuć się w nastrój okołoświąteczny..
Wśród filmów starszej daty o tematyce świątecznej, na mojej prywatnej liście prym wciąż wiedzie To wspaniałe życie (1946, F. Capra), którego idea znacznie bliższa jest mojemu sercu, a wykonanie postrzegam jako doskonałe. Mimo wszystko film George’a Seatona mogę śmiało polecić, szczególnie gdy rok znów zatoczy koło i pomału będziemy szykować się do kolejnych świąt Bożego Narodzenia.
Gabriela Mokrzycka