Tylko dla wytrwałych

David Fincher nie należy do grona moich ulubionych reżyserów. Jego filmy zawsze robiły na mnie wrażenie, a jednocześnie nigdy nie opisywałem dzieł amerykańskiego twórcy w samych superlatywach. Czasem finał pozostawiał wątpliwości, czasem były to nieracjonalne kwestie, których sam do końca nie potrafiłem wyjaśnić – coś mi po prostu nie pasowało. W przypadku Manka spodziewałem się…


131418088_2894457494166499_6273829296751433324_n

David Fincher nie należy do grona moich ulubionych reżyserów. Jego filmy zawsze robiły na mnie wrażenie, a jednocześnie nigdy nie opisywałem dzieł amerykańskiego twórcy w samych superlatywach. Czasem finał pozostawiał wątpliwości, czasem były to nieracjonalne kwestie, których sam do końca nie potrafiłem wyjaśnić – coś mi po prostu nie pasowało. W przypadku Manka spodziewałem się zachwytów, autor sięgnął przecież po niemalże mitologiczny okres Hollywoodu lat 30. Pytanie, czy ta legenda go nie przerosła.

Herman Mankiewicz był z pewnością postacią nietuzinkową. Przypomina mi trochę wypaczony wzorzec, który miał naśladować w przyszłości Charles Bukowski. Zabawny, mówił zawsze to, co myślał, nie bał się żadnych konsekwencji – właśnie taki wizerunek tytułowego bohatera (Gary Oldman) wyłania się z nowego filmu Finchera. Samo dzieło bardziej skupia się na odtworzeniu historii Manka, jego osobowości i wewnętrznych rozterkach, aniżeli sportretowaniu epoki. Rozpiętość czasowa ukazywanych wydarzeń jest dosyć duża – przechodzimy przez prawie całą dekadę lat 30., ale nie dowiadujemy się zbyt dużo o tym okresie. Widz otrzymuje szczątkowe informacje o Wielkim Kryzysie, ruchach lewicowych czy przemyśle filmowym, wokół którego toczy się akcja. To był mój największy problem: spodziewałem się, że otrzymam fresk dotyczący tamtych czasów, przefiltrowany przez wyobraźnię ekscentrycznego narratora, a dostałem fragment biografii Mankiewicza.

Oczywiście pojawiają się sceny nawiązujące do tematów wskazanych powyżej; warto wspomnieć choćby przemowę Louisa B. Mayera (Arliss Howard), który w pięknych słowach zwraca się do pracowników wytwórni z prośbą o zgodę na obniżenie ich płac. Ci najlepiej sytuowani, dla których takie cięcia nie robią wielkiej różnicy, odpowiadają z aprobatą, natomiast wśród pracowników technicznych rodzą się wątpliwości. Nawet z aktualną gażą nie jest im zbyt łatwo, nie wspominając o przeżyciu za sumę mniejszą o połowę. Ostatecznie wujaszek Mayer obiecuje zwrot cięć po minięciu recesji; zwrot, do którego nigdy nie dochodzi. Ta scena pokazuje nie tylko siłę kryzysu ekonomicznego, oddziałującego na wszystkie branże, w tym rozrywkową, ale przede wszystkim hipokryzję wielkich studiów filmowych. Ich właściciele określali swoich pracowników jako jedną wielką rodziną, ale, w obliczu spadku dochodów, odwracali się od tej rodziny plecami i bezczelnie prosili o zaakceptowanie obniżek wypłat.

Fincher prezentuje dużo więcej takich negatywnie ocenianych zdarzeń, jednak pozostają one zaledwie niezwiązanymi ze sobą epizodami z życia Mankiewicza. Poza tym warto zaznaczyć, że owa krytyka i rozważanie kwestii społecznych rozgrywają się na salonach, podczas delektowaniu się drogim szampanem. Reżyser opowiada o bardzo trudnym dla Amerykanów okresie, odnosi się sceptycznie do ówczesnej polityki, aczkolwiek nie kieruje kamery w stronę najbardziej poszkodowanych, ograniczając się do nic nieznaczących dialogów pomiędzy bohaterami. Jestem w stanie ten zabieg zrozumieć, w końcu to film o Manku, ale skoro twórca tak często odnosi się do aspektów polityczno-społecznych, może powinien ten kontekst rozbudować i poprzeć autentycznymi przykładami. Dodatkowo nagromadzenie fragmentarycznych scen, które tworzą niemalże kolażową strukturę, w pewnym momencie staje się dla oglądającego niesamowicie wyczerpujące. W trakcie seansu wielokrotnie czułem pokusę, aby odwrócić wzrok i choć na chwilę wyrwać się z tej zagmatwanej (nie w pozytywny sposób) rzeczywistości. Efekt pewnego rodzaju niedostępności jest wzmacniany przez fakt, że utwór wymaga od widza szerokiej znajomości kontekstu. Jeśli chcemy w pełni cieszyć się z projekcji, powinniśmy znać przynajmniej Obywatela Kane’a (1941, O. Welles), nie wspominając o historii przemysłu filmowego. Tytuły oraz nazwiska rzucane są na prawo i lewo, więc bez odpowiedniej wiedzy wszystko staje się bezładną paplaniną.

Mank nie jest jednak dziełem aż tak złym. Bardzo dobrze wypadają kreacje aktorskie. Gary Oldman, wcielający się w tytułowego bohatera, w niezwykły sposób oddaje osaczenie i zmęczenie, wynikające z nadużywania alkoholu. Jego pijackie wojaże zostają odwzorowane w brawurowy, niesamowicie realistyczny sposób. Wśród ról drugoplanowych na uwagę zasługują Arliss Howard oraz Tom Burke. Ten pierwszy odgrywa legendarnego Louisa B. Mayera, tworząc groteskową, pełną hipokryzji i głupoty postać. Burke z kolei wcielił się w Wellesa, początkowo reprezentowanego tylko przez enigmatyczny głos w słuchawce telefonu, który w finale uosabia złowieszczy, narcystyczny reżyser, pragnący całe uznanie zaskarbić dla siebie. Przerysowana, momentami wręcz kiczowata gra aktorska jest widoczna niemalże u wszystkich członków obsady, z wyjątkiem Gary’ego Oldmana, co dopełnia obraz wyobcowania Mankiewicza. Widz wchodzi w buty alkoholika, dla którego wszyscy zachowują się dziwacznie.

Na plus należy zaliczyć również dźwięk, starający się naśladować filmy z minionej epoki; jest więc chropowaty, a z każdym skrzypnięciem słychać raczkującą jeszcze technikę. Taki efekt idealnie współgra z czarno-białymi, pełnymi głębi zdjęciami Erika Messerschmidta oraz z niesamowitym oświetleniem, będącym w moim odczuciu najbardziej porywającym aspektem dzieła. Scenografia w każdym detalu odpowiada wyobrażeniom oraz ikonografii okresu. Warto również zwrócić uwagę na takie szczegóły jak czcionka, którą zapisane są zdania wprowadzające retrospekcje. Twórcy wykorzystali styl charakterystyczny dla maszyn do pisania, czym zrobili ukłon w stronę zawodu scenarzysty, bo, mimo używania nowych technologii, sama forma zapisu oraz styl pozostają niezmienne.

Odpowiedź na pytanie, które zadałem we wstępie, wydaje się nie budzić już żadnych wątpliwości: Fincher nie sprostał legendzie. Chciał stworzyć wielogłosową opowieść, która odnosiłaby się do praktycznie każdego aspektu ówczesnego życia, jednak dał dojść do słowa tylko jednej osobie. Atmosfera i antynostalgiczny ton, mimo swojej atrakcyjności, nie mogą dostarczyć wystarczająco materiału na dwugodzinny film. Dla fanów lat 30. oraz Wellesa – jak najbardziej, innym natomiast polecam odkurzyć podręcznik do historii.

Mateusz Tkaczyk

Zdjęcie w tekście pochodzi z materiałów prasowych Netflixa