
Szatańskie tango – zdjęcie z materiałów prasowych festiwalu Nowe Horyzonty
Czas jest niezmiernie istotnym zasobem. Nie można go przechować na później. Upływa nieubłaganie z każdą sekundą i nie mamy go na tyle, aby się nad tym zastanawiać. W kinie jest podobnie. Każde ujęcie się liczy i nie ma chwili na dłużyzny. Może jednak warto taką chwilę znaleźć? Zwolnić i dać tym sekundom przerodzić się w minuty, godziny zastanowienia?
Jeżeli wierzyć legendom o tym, jak film braci Lumiere niesłychanie poruszył widzów obrazem nadciągającego pociągu, to można ironicznie stwierdzić, że pewna sensacyjność wydaje się wpisana w naturę kina. Obecny kształt kinematografii pokazuje, że dążenie do tworzenia obrazów, które intensyfikują przeżycia i stanowią kalejdoskop oszałamiających wrażeń, jest tendencją powszechną. Kapitalizacja epickich, blockbusterowych molochów serwowanych w zatrważającym tempie masowemu widzowi, nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do popularności tego trendu. Superbohaterskie wyczyny, napinające widzów thrillery czy pełne egzaltacji dramaty przeważają w mainstreamowym kinie. Dzisiaj seans filmu czy wielogodzinne zanurzenie się w serialowym strumieniu bywają przejawem stymulującego eskapizmu od nużącej codzienności. Taka charakterystyka współczesnego kina jest oczywiście sporym uproszczeniem, którym posługuję się dla zarysowania odpowiedniego kontrastu.
Generalizujące ujęcie mainstreamowego kina jako medialnego fast foodu pozwala bowiem na podkreślenie opozycyjnych wartości nurtu slow cinema. Nazwa budząca skojarzenia z wszelkimi slow trendami, promującymi spowolnienie pędu dnia, nosi podobne znamiona względem prezentacji kinowego obrazu. Twórcy dzieł z tego nurtu zamieniają energiczny montaż i filmową ekscytację na wartości przeciwstawne. Kondensacja na rzecz angażującej akcji przekształca się w ujęcie czasu tożsame z jego rzeczywistym upływem. To, co w kinie gatunkowym uznać można za niepotrzebne i nużące, staje się w slow cinema podmiotem obrazu. Transformacyjny charakter tego zabiegu przejawia się bezpośrednio w zderzeniu percepcji widza z antyklimaksem długich, statycznych ujęć, w których z pozoru nie odbywa się nic istotnego. Nic, co prowadziłoby do satysfakcjonującej puenty. Na pierwszy rzut oka to rozwiązanie wydaje się czymś w rodzaju modernistycznego eksperymentu. Jawi się jako gra z oczekiwaniami odbiorcy i zwodzenie go długimi ujęciami w obietnicy głębszego znaczenia, które w ostatecznym rozrachunku wcale nie istnieje. Może nawet sprawia wrażenie zaprojektowanego po to, żeby znudzić widza i zwieść go na manowce pseudoartystycznego ekscesu. Coś jak filmowy odpowiednik dadaistycznego dowcipu na wystawie muzealnej.
Aczkolwiek, ta awangardowa poetyka, posiłkująca się spowolnieniem tempa kinowego obrazu odkrywa przed widzem kanały percepcji, które pozostają w dużej mierze niedostępne poza slow cinema. Czasochłonne ujęcia otwierają drogę nie tylko dla naturalnego znużenia, wpisanego w intelektualny odbiór, ale również pozwalają na szczególne, fizjologiczne doświadczenie kinowego seansu. W objęciach powolnej panoramy intensywniej odczuwamy swoje ciało, którego stagnację utożsamić można ze statycznością filmowego obrazu. Fotel kinowy może nagle zyskać własną cielesność, z którą zetknięcie przybiera absurdalnie intymny wymiar. Efekt potęguje się wraz z upływającymi godzinami seansu, prowadząc niechybnie do jednej z dwóch możliwości. Ciężar nudy może nas zdekoncentrować i pozwolić na oddanie się w pełni czułym objęciom wspomnianego fotela, sympatyzującego z naszą niezręczną sytuacją i dającego szansę na błogie ukojenie w postaci snu. Alternatywnie natomiast możliwe jest pełne zanurzenie się w obrazie, przyjęcie stanu wegetatywnego i osiągnięcie immersyjnej nirwany. Ten idealistyczny wariant zespolenia widza z filmem okaże się tym trudniejszy do osiągnięcia im dłuższe jest oglądane dzieło, choć i z tym wiąże się pewien paradoks. Znudzeni dwugodzinnym, wlekącym się gniotem nie mamy dostatecznie dużo czasu, aby zapuścić korzenie w empatyczny fotel. Natomiast, przykładowo siedmiogodzinne magnum opus węgierskiego reżysera to film, który daje szansę na takie zakorzenienie w obrazie. Czasu jest aż nadto, bowiem upłynie cały dzień nim będzie nam dane zobaczyć napisy końcowe. Merytoryczną wartość tego dzieła docenią jednak tylko ci, którzy będą w stanie przetrwać seans bez okazjonalnej drzemki. Zadanie jest tym bardziej utrudnione, że w przeciwieństwie do serialowego binge-watchingu, nie są to godziny wypełnione emocjonującą akcją.
Bela Tarr swoim Szatańskim tangiem (1994) skłania widza do immersyjnego przeżycia historii, która podlega nie tylko specyficznej długości filmu, ale również cechuje się zaburzeniami chronologii. To, co mogło nosić znamiona odświeżającej sensacji, pomijane jest na rzecz przedstawiania wydarzeń już znanych widzowi, ale tym razem z innej perspektywy. Zabieg parokrotnie się powtarza, zataczając koła w mozolnym, lecz równocześnie pasjonującym tańcu. Chyba, że wyszliśmy dawno z kina po pierwszej godzinie panoram krów i powolnych najazdów na stodoły węgierskiej wsi. Wtedy resztę tego tańca uświadczy tylko tęskniący za nami fotel, który zyskawszy świadomość rzewnie wspominać będzie ciepło naszego ciała.
Spowolnienie filmowego czasu przez negację krótkich ujęć i dynamicznych cięć zatrzymuje widza w zderzeniu z obrazowaną rzeczywistością. Akcent położony zostaje na to, co może wydawać się nużące czy nieistotne. W połączeniu z charakterystycznymi dla nurtu slow cinema długimi ujęciami, podkreśla to zagadnienie temporalności pojedynczych chwil. Osadzenie w centrum narracji tego, co z pozoru jest beznamiętnym odbiciem codziennej monotonii i zbyteczną dokumentacją przeciętnych aktywności skłania widza do refleksji nad istotą czasu. Rutyna dnia ma w zwyczaju umykać bezrefleksyjnie, gdy szczotkuje się zęby czy pije poranną kawę, przegryzaną dymem papierosa. Uciążliwa powtarzalność pracy, której nie lubimy okazjonalnie daje się we znaki, lecz niemal zawsze możemy się czymś zająć. Czas zdaje się nabierać wtedy prędkości i zanim się obejrzymy już jesteśmy w drodze do domu.
Posadzeni jednak przed obrazem takim jak Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela (1975, C. Akerman), który chłodno rejestruje podobne czynności nie mamy wyboru – musimy zacząć kontemplować przyrządzany przez tytułową bohaterkę obiad ). Wtem, gdy rozgotuje ziemniaki czy stłucze talerz, te drobne perturbacje stają się nadzwyczaj istotne. Podobnie, gdy czasem rozbije ulubiony kubek w jakiś niedorzeczny sposób. Na przykład próbując go osuszyć energicznym potrząsaniem nad zlewem i z impetem godząc w tenże zlew owym wyjątkowym naczyniem. Może, w odróżnieniu od postawy bohaterki, nie zawsze takie błahostki prowadzą do radykalnej decyzji zabójstwa, ale dla Jeanne ta moralnie wstrząsająca transgresja jest zaledwie chwilą, mijającą w mgnieniu oka. Ze skutkami jej decyzji widz musi jednak pozostać na długie minuty, choć sam akt mordu trwał zaledwie kilka sekund. Jesteśmy zmuszeni do zmierzenia się z długotrwałym pogłosem takich momentów. Zarówno na płaszczyźnie haptycznego odbioru jak i w sensie filozoficznym, co stanowi siłę tego rozwiązania.

Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela (1975)
Możliwe, że ta wegetatywna medytacja pod mantrę zastygających w czasie chwil jest istotą slow cinema. To, co z pozoru ślamazarne i nudne kryje nierzadko głęboką refleksję nadrzeczami, które umykają gdzieś między mrugnięciami oczu. Kontemplacja staje się próbą złapania odchodzącego znaczenia, które można poczuć, lecz nie zachować na zawsze. Ale stan zamrożenia w medytacji ostatecznie ustępuje. Czy miną dwie godziny czy siedem, lodowiec stagnacji topnieje wraz z upłynięciem ostatniej sekundy seansu. Wracamy wtedy do naturalnego biegu naszego życia, wkraczamy ponownie w mainstreamowy, medialny strumień i oddajemy się codziennym sprawom. Mimo tej nietrwałości, warto czasem zatrzymać się przy brzegu. Choć niniejszy esej tylko delikatnie sięga do niezmąconych wód nurtu slow cinema ,być może jest tą drobną chwilą, która skłoni do dłuższego zanurzenia się w rzece filmowego neomodernizmu.
Daniel Warden