Y2K-oniec świata. Rozmowa z Darią Godyń

Millenium – zdjęcie użyte za zgodą Darii Godyń Rozmowa z Darią Godyń, artystką wizualną i autorką filmu animowanego Millenium (2020), który był prezentowany na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty. Emilia Kutrzeba: Tematem numeru „16mm” jest bilans i tak się złożyło, że tłem dla Twojej animacji jest koniec roku. Zresztą nie byle jaki koniec, ponieważ…


131758008_843229189812070_5769246459060096247_n

Millenium – zdjęcie użyte za zgodą Darii Godyń

Rozmowa z Darią Godyń, artystką wizualną i autorką filmu animowanego Millenium (2020), który był prezentowany na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty.

Emilia Kutrzeba: Tematem numeru „16mm” jest bilans i tak się złożyło, że tłem dla Twojej animacji jest koniec roku. Zresztą nie byle jaki koniec, ponieważ chodzi o rok 1999 – koniec epoki. Bohaterów dręczy paranoja i towarzyszy im niepokój. Atmosferę buduje lęk o niepewną albo nawet niewiadomą przyszłość. Co sprawiło, że te problemy stały się dla Ciebie interesujące i sprowokowały Cię do wypowiedzi artystycznej na ich temat?

Daria Godyń: W zasadzie we wszystkich moich filmach pojawiają się raczej negatywne, trudne emocje, wywołane lękami różnego pochodzenia. Wydaje mi się, że jest to jakiś mój sposób na przepracowanie pewnych wydarzeń i odczuć, jakie one wywołały. Coś w rodzaju autoterapii. Pracując nad scenariuszem miałam w głowie flashback z dzieciństwa. W kinach pojawiła się animacja Kometa nad doliną Muminków (reż. H. Saitō, M. Kojima); sprawdziłam daty i faktycznie premiera światowa miała miejsce w sierpniu 1992 roku, a w Polsce w sierpniu 1999 roku, więc to raczej nie konfabulacja wynikająca z nietrwałej struktury pamięci. Zawsze lubiłam Muminki, więc uprosiłam rodziców, żeby zabrali mnie do kina – miałam wówczas siedem lat. Po obejrzeniu animacji sama wpadłam w lekko paranoidalne zachowania, bałam się wychodzić z domu. Myślę, że silne emocje jakie wywołał we mnie ten film, spotęgowane dodatkowo podsłuchanymi rozmowami dorosłych, sprawiły, że zapamiętałam tamte wydarzenia.

Przyznam, że stany emocjonalne towarzyszące głównemu bohaterowi dostrzegam również w czasach współczesnych. Czy myślałaś o tym w ten sposób?

Tak, zdecydowanie. Emocje związane z nadchodzącym potencjalnym końcem świata czy ogólnie końcem istnienia towarzyszyły człowiekowi od zawsze. Poczynając od faktu, iż większość religii na świecie miała swoje apokaliptyczne przypowieści, przez niezliczone przepowiednie końca świata z najróżniejszych przyczyn: w 1999 roku przez millennial bug, w 2012 – koniec kalendarza Majów, przepowiednie Nostradamusa, et cetera. Oprócz tego bardziej realne zagrożenia, takie jak widmo wojny nuklearnej w czasie II wojny światowej czy katastrofa klimatyczna, której skutki zaczynają być odczuwalne już teraz. O ile wszelkiego rodzaju „nagłe” katastrofy szybko rozwiązują sprawę, tak obecnie w związku z ocieplaniem się klimatu jesteśmy w zasadzie skazani na powolne cierpienie, a taka perspektywa wydaje się  jeszcze gorsza od uderzenia komety o ziemię. Myślę, że problemem dzisiejszych czasów jest też fakt, że jesteśmy „przebodźcowani”. Możliwości, jakie niesie za sobą internet, zamęt informacyjny czy niezliczona ilość teorii spiskowych sprawiają, że paranoiczny lęk stał się chorobą cywilizacyjną, która powoli nas zabija.

Tworzenie animacji to bardzo czasochłonne zajęcie. Jak długo trwała praca nad Millenium i czy towarzyszyło Ci przy niej więcej osób? Jak wspominasz proces twórczy?

Nad scenariuszem oraz projektami postaci pracowałam w trakcie mojego urlopu macierzyńskiego/dziekańskiego. Zajęło mi to sporo czasu, bo  około roku. Wynikało to nie tylko z faktu, że zostałam mamą i musiałam się nauczyć pracować z dzieckiem w jednej ręce, a z piórkiem do tabletu w drugiej, ale też z faktu, że Millenium było pierwszym moim filmem z prawdziwą fabułą i ciągiem przyczynowo-skutkowym. Punktem wyjścia było kino noir i stworzenie jakiejś kryminalnej historii, co  okazało się ogromnym wyzwaniem. Samo animowanie zajęło mi niecały rok.

Ogromną pomocą i wyrozumiałością w całym tym procesie obdarzył mnie mój promotor dr hab. prof. ASP Robert Sowa oraz asystenci z pracowni filmu animowanego, przyjaciele i rodzina, z którymi ciągle konsultowałam poszczególne wątki. Tak to jest z pracą nad animacją – zajmuje tyle czasu, że czasem już nie wiesz, czy to, co robisz, ma sens. Oczywiście muszę również wspomnieć o moim dream teamie do spraw dźwięku i muzyki, bez którego Millenium nie wpasowałoby się tak dobrze w stylistykę kina noir. W jego skład wchodzą: kompozytor Michał Papara, którego torturowałam muzyką disco-polo, oraz Piotr Madej odpowiedzialny za udźwiękowienie i sound design. Wspaniali profesjonaliści i pasjonaci, którym jestem bardzo wdzięczna za ogromny wkład w ten film.

Rolety, przez które ledwo prześwituje światło, bary i podejrzane typki, miasto nocą, zagadka, płaszcz i okulary, postać rasowego bossa – tak jak wspomniałaś, w animacji widać sporo elementów właściwych dla stylu kina noir. Dlaczego wykorzystałaś te motywy? Czy ten nurt jest dla ciebie szczególnie interesujący?

Tak, jestem totalną fanką kina noir, chociaż jego historię i korzenie zgłębiłam dopiero pracując nad filmem oraz pisząc pracę magisterską na ten temat. Zawsze lubiłam kino gangsterskie, czarny humor, w gimnazjum katowałam wszystkie filmy Quentina Tarantino. W kinie noir zafascynowało mnie to, że pod przykrywką kryminalnej intrygi, filmy z tego nurtu opowiadają o społecznych czy psychologicznych problemach. Nieważne jest rozwiązanie zagadki i poznanie odpowiedzi, ale fabuła, decyzje, rozterki moralne bohatera. Postacie nie są z natury całkowicie złe czy dobre – ich charaktery mają wszystkie odcienie szarości.

A czy masz swój ulubiony film noir?

To jest trudne pytanie. Większość filmów, na których się „wychowałam” należy już do nurtu neo-noir, na przykład: Łowca androidów (1982,R. Scott), Chinatown (1974,. R. Polański), Blue Velvet (1986, D. Lynch), Fargo (1996, E. i J. Coen), Fight Club (1999,. D Fincher). Jednak jest jeden film noir, który rozwalił mój mózg na kawałki – Alphaville (1965) w reżyserii Jean-Luca Godarda.

Film jest połączeniem noir oraz science fiction. Podejmuje wciąż aktualną tematykę, pokazując opresyjny system, który odmawia społeczeństwu możliwości odczuwania. Źródłem wiedzy mieszkańców jest bowiem księga, z której na bieżąco są wykreślane słowa takie jak „miłość” czy „współczucie”. Jest tam bardzo zaskakująca scena na basenie; myślimy, że odbywa się w niej pokaz pływania synchronicznego, jednak w rzeczywistości  to scena reżimowej egzekucji na rebeliantach. Każdy kadr wygląda jak dzieło sztuki. Prawie wszystkie sceny Alphaville  kręcono nocą w Paryżu, jednak lokacje  dobrano w tak wysmakowany sposób, że ciężko tak naprawdę to odgadnąć. Architektura, oświetlenie – wszystko  sprawia, że bez dodatkowej scenografii kupujemy tę rzeczywistość z innej galaktyki. Film  zachwyca pod  wieloma względami. Serdecznie polecam!

W temacie kina chciałabym zapytać, dlaczego zdecydowałaś się na opowiedzenie tej historii w medium animacji. Czy widzisz w tym medium większe możliwości wyrazu, których nie daje Ci film?

W animacji fascynuje mnie to, że można wiele historii opowiedzieć w sposób metaforyczny, dobierać materiał i technikę animacji w zależności od opowiadanej historii. Nie mam tutaj żadnych ograniczeń. W  poprzednim filmie Smakosz (2017) animowałam smalec, ponieważ okazał się najlepiej „współpracującym” materiałem, oddającym dodatkowo sens danej sceny. Jestem też typem animatora, który nie wiąże się na dobre z jedną stylistyką. Dla mnie to temat determinuje wybór materiału i techniki pracy, która ma również znaczenie symboliczne.

Poza tym czasami mam wrażenie (na szczęście coraz rzadziej), że film animowany – szczególnie krótkometrażowy –  traktuje się jako coś  mniej spektakularnego niż film sam w sobie. Kompletnie tego nie rozumiem, bo w moim odczuciu dużo trudniej  stworzyć krótką, skondensowaną formę, która potrafi przekazać esencję problemu, sens historii. Filmy animowane z uwagi na wielowarstwową strukturę, zastosowaną technikę czy specyficzną narrację są często bardziej wymagające w odbiorze, szczególnie gdy podczas festiwalu dostajemy cały zestaw takich historii; przyznam, że sama czasami mam problem z tym, żeby pozostać w skupieniu podczas oglądania dłuższego zestawu animacji. Niemniej jednak trafiają się  pozycje, które zostają w głowie na bardzo długi czas.

131892866_1087397981674121_1296594131641035147_n

Kiedy oglądałam Millenium, zwróciłam uwagę na postać Maryjki. Pamiętam, że w latach 90. miałam w domu podobną. Pojawiała się na stole w okresie świątecznym i, wypełniona wodą święconą, zwiastowała kolejny rok. Figurkę z Twojej animacji pozwoliłam sobie nazwać „Maryjka, wersja 2000” – targowa, fałszywa nadzieja, dodawana gratis na zapowiadające się niepewnie czasy. Wabiąca i hipnotyzująca swoim przerażającym wyrazem twarzy. A Ty o czym myślałaś, wykorzystując ten motyw?

Powiem Ci tak: jestem niepoprawną fanką dewocjonaliów i częstym gościem pchlich targów. Polski folklor związany z religią totalnie mnie rozczula. Moja babcia też miała swoją Maryjkę, z dodatkową supermocą: świeciła w ciemności. Pamiętam, że zawsze, gdy u niej nocowałam, nie mogłam spać, bo miałam w polu widzenia ten zielony blask. Być może stąd ten creepy, archaiczny uśmiech. Jak wspomniałam, uwielbiam czarny humor, dlatego podobają mi się zestawienia tego typu. Tak jak powiedziałaś, znaczeniowo „Maryjka 2000 z targu” wiąże się w pewnym sensie z fałszywą nadzieją, ale jednak nadzieją. Z kolei personifikacja tej figurki, czyli już właściwa Maryjka, jest symbolem czułości. Przynosi ulgę bohaterowi, który może w końcu odpocząć w jej ramionach. Nie jestem osobą wierzącą, jednak zawsze czułam sympatię do jej osoby. Myślę, że postać Matki Boskiej ma bardzo duży potencjał, jeżeli chodzi o wyznawców i wielbicieli – wydaje się  bardziej przystępna od ważnych mężczyzn tam na górze, bardziej ludzka, kobieca, jak dobra matka, która zawsze nas wysłucha. Przynajmniej ja tak ją odbieram.

Przy pierwszej odpowiedzi, ale też w jednym z innych wywiadów, odniosłaś się do filmu Kometa nad Doliną Muminków z 1992 roku i do wspomnienia o tej animacji, które wróciło przy pracy nad Millenium. No właśnie, lata 90. to okres Twojego dzieciństwa. Jak wtedy odbierałaś otaczającą Cię rzeczywistość? Czy faktycznie odczuwałaś strach, czy może stał się on dla Ciebie zrozumiały, może fascynujący, dopiero z perspektywy czasu?

Tak jak mówiłam na początku,  silne wspomnienie z tamtego czasu zadziałało na mnie na tyle mocno, że w zasadzie dopiero teraz jestem w stanie z niego czerpać. Nie posiadam wielu wspomnień z okresu dzieciństwa, a niektóre są zamazane, pourywane. Pamiętam, że dla mnie ta rzeczywistość była beztroska – mieszkałam na blokowisku, spędzałam całe dnie z innymi dzieciakami NA POLU, miałam furbiego, karmiłam swojego tamagotchi i słuchałam Backstreet Boys. Wspominam lata 90. z wielką sympatią właśnie dzięki tym flashbackom, które czasami powracają.

Po seansie pomyślałam o książce Olgi Drendy Duchologia polska – rzeczy i ludzie w czasach transformacji, w której pisze „Zdałam sobie sprawę, że wspomnienia z lat 80. i 90. są pełne zakłóceń. Taka jest oczywiście sama ich natura, skłonna do fałszerstw i zmyłek – ale dlaczego w pokoleniowej pamięci siedzi tak wiele napędzanej technologią grozy?”. Ten fragment bardzo skojarzył mi się z Millenium, też na gruncie estetycznym. Na przykład widzę wspomniane zakłócenia w zastosowaniu efektu zaśnieżonego odbiornika, ale też fałszerstwa i zmyłki – mamy przecież plot twist fabularny. Co lub kto był Twoim źródłem inspiracji i informacji, które pozwoliły Ci na oddanie klimatu końca lat 90.? Być może rozmawiałaś na ten temat z rodzicami. Czy oni utożsamiają się z lękiem przed końcem epoki przedstawionym w Millenium?

Pracując nad pracą dyplomową trafiłam na interesujący artykuł autorstwa Olgi Drendy, pod tytułem: Apokalipsa, której nie było. Czego baliśmy się w sylwestra 1999?, który okazał się bardzo inspirujący i pomocny w tej kwestii.  Starałam się rozmawiać przede wszystkim z moimi rówieśnikami, byłam bardzo ciekawa, czy tylko we mnie tak mocno utkwiły te wydarzenia. Okazuje się, że mało osób z mojego pokolenia pamięta ten czas. Starsi znajomi pamiętają nie tyle lęk przed końcem świata, co tworzenie backupów na komputerach ze strachu przed morderczą, milenijną pluskwą. Moi rodzice z kolei pamiętają, że owego sylwestra  spędziliśmy wyjątkowo w gronie całej rodziny – tej dalszej i bliższej, na wypadek, gdybyśmy mieli wszyscy zginąć. Trochę na zasadzie: „niby nikt nie wierzy w te brednie, ale lepiej dmuchać na zimne”. To wspomnienie pomogło mi w stworzeniu sceny kulminacyjnej, która ma miejsce o północy: zastosowaniu suspensu, krótkiego momentu zawieszenia zaraz przed strzałem z pistoletu oraz fajerwerkami. Wstrzymanie oddechu przed tym, co może się wydarzyć.

Używając fragmentu ostatniej audycji radiowej Trójka pod księżycem Tomasza Beksińskiego, zastosowałaś klamrowe zakończenie. Słyszymy, że „to może być nasze ostatnie spotkanie”. Wykorzystanie tej audycji jest znaczące, zresztą niedługo po niej, 24 grudnia, Tomasz Beksiński popełnił samobójstwo. Zastanawiałam się, co doprowadziło Cię do wyboru tego cytatu? Przez postać Tomasza Beksińskiego, akcję rozgrywającą się na osiedlu i motyw podglądactwa, miałam luźne skojarzenie z filmem Ostatnia rodzina (2016, reż. J. P. Matuszyński).

Postać Tomka była mi znana od dawna, często słuchałam i słucham nadal jego archiwalnych audycji; Beksiński miał niesamowity gust muzyczny. Jednak użycie tej audycji było kwestią przypadku. Szukałam nagrania archiwalnego, które pomogłoby mi lepiej osadzić film w czasie, wprowadzić widza w akcję nie tylko w sposób wizualny, ale i przy pomocy słów – i tak trafiłam na to nagranie. Wiedziałam, że musi wejść do filmu. Jego wspaniały szyderczy ton, przewrotny sposób narracji, czarny humor –  wszystko pasowało idealnie. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że część osób, która zna historię tamtej audycji, może sugerować się nią w interpretowaniu filmu. Jednak tak naprawdę Millenium nie ma zakończenia, jednoznacznej puenty, każdy może interpretować je na swój sposób, przefiltrowując przez swoje doświadczenia.

Jeżeli chodzi o film Ostatnia rodzina, widziałam go, ale nie był dla mnie inspiracją w czasie pracy (albo był, podświadomie), natomiast motyw podglądania był wzięty z życia. Przez jakiś czas mieszkałam z koleżankami na osiedlu, blok w blok. Pamiętam, że w jednym mieszkaniu naprzeciwko co wieczór zapalały się różowe światła. Nie powiem, że wysiadywałam godzinami, oczekując aż coś niesamowitego wydarzy się w tym oknie, bo nic nigdy się nie wydarzyło, ale przyznam, że już wtedy przewijały sięw mojej głowę różne dziwne narracje.

W finałowej scenie wniebowstąpienia najpierw ulatuje główny bohater, a zaraz po nim reszta mieszkańców osiedla, znajdującego się „gdzieś w Polsce”. Czy według Ciebie dla tych bohaterów coś się skończyło? Odeszli razem z końcem epoki, bo nie byli gotowi na nowe, inne jutro?

Coś się skończyło, coś się zaczęło, a może nic się nigdy nie wydarzyło. Nie umiem Ci jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo tutaj nie ma właściwej odpowiedzi.  Odczuwam w tym zakończeniu pewną nostalgię za czymś, co odeszło, a jednocześnie spokój, ponieważ w końcu przez chwilę zrobiło się miło, przytulnie i różowo. Paranoja się skończyła. Uroboros pożarł swój ogon. Myślę, że ta audiowizualna klamra, którą zastosowałam, sugeruje pewną cykliczność, mówi o końcu w procesie wiecznego powtarzania się, który odpowiada początkowi.

Dresy i lampasy, ośka, szare bloki, dewocjonalia, zaglądanie w okna, bar Amnezja, w którym pije się, żeby zapomnieć – odczytuję tutaj sporo kodów polskości. Animacja była prezentowana między innymi w Portugalii i w Kanadzie. Czy wiesz może, z jakim odbiorem spotkała się za granicą? Ciekawi mnie sposób interpretacji Twojej pracy bez znajomości polskiego kontekstu kulturowego.

Przyznam Ci, że sama jestem tego bardzo ciekawa! Od początku wydawało mi się, że Millenium ma potencjał bardziej, nazwijmy to, lokalny. Nie spodziewałam się, że przyjmie się gdzieś za granicą. Mam nadzieję, że dostanę kiedyś w tej kwestii feedback. Myślę, że zainteresowanie może mieć też związek z pandemią i emocjami, jakie wywołała na całym świecie: zagrożeniem, poczuciem lęku, niepewności i właśnie paranoi.

Można wiele powiedzieć o 2020 roku, ale dla animacji Millenium to był dobry czas. Projekt został zaprezentowany na wielu festiwalach i konkursach za granicą i w Polsce, w tym na Nowych Horyzontach. Jak mogłabyś podsumować ten rok i jak on na Ciebie wpłynął? Czy masz już w planach kolejne projekty?

Ten rok to rollercoaster. Jestem bardzo szczęśliwa, że animacja została tak dobrze przyjęta – lepiej, niż mogłam sobie wymarzyć. Millenium jest moim filmem dyplomowym, w związku z tym kończąc go byłam w takim momencie w życiu, kiedy trzeba podjąć decyzję co dalej. Potem nastąpił lockdown, który – jakkolwiek to zabrzmi – wydarzył się w idealnym dla mnie momencie. Pozwolił się zatrzymać, przemyśleć, czego chcę i – paradoksalnie pozbyćlęków i wątpliwości związanych z moją przyszłością jako animatora czy ogólnie twórcy. Podjęłam parę decyzji, z których, póki co, jestem zadowolona, a najbliższe miesiące i lata pokażą, co z tego wyniknie. Jestem bardzo podekscytowana i mimo nieciekawej sytuacji w naszym kraju, czuję wielką nadzieję i moc. Jeżeli chodzi o nowe projekty, kończę obecnie pracę nad scenariuszem do filmu. Mogę zdradzić, że planuję go wykonać w innej technice niż poprzednie filmy, a temat będzie związany z problemem kobiecego wstydu.

Daria Godyń – artystka wizualna urodzona w 1992 roku. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie na Wydziale Grafiki. Dyplom obroniła w Pracowni Filmu Animowanego pod opieką dr hab. Roberta Sowy. Interesuje się animacją, rysunkiem narracyjnym i fotografią.

Portfolio artystki – https://www.behance.net/dariagodyn9828/

Zwiastun animacji – https://www.youtube.com/watch?v=3wDjKJtwqfw